czwartek, 24 lipca 2014

2.9

(((Część pisałam przy piosenkach:
- 5SOS - Wrapped Around Your Finger
- Tove Lo - Habits)))

STARTUJE DWUMIESIĘCZNY HASHTAG #ConnieQuestions, WIĘCEJ O NIM W NOTATCE, if anybody cares

Dzień czterdziesty trzeci; 13 grudnia

Miłość. Jedno, krótkie słowo, które znaczy tak wiele. Wyraz kryjący za sobą taką potęgę jak miłość powinien od razu krzyczeć: ,,Hej, znaczę coś okropnie ważnego!", nieprawdaż? Tak jak hipopotomonstroseskwipedaliofobia, która wygląda na niezwykle mądre słowo, a znaczy tyle, co strach przed długimi wyrazami.
Miłość, tak skromny wyraz, a znaczy tak wiele. Miłość może cię zabić, ale możesz również zabić kogoś z miłości. Miłość może uratować ci życie, ale też możesz uratować swą miłością czyjeś życie. Bo miłość to nie tylko brać. To oddawać całego siebie kochanej osobie, w każdym najmniejszym calu stawać się czymś w rodzaju jej własności. Kochać to być. Kochać to nie rozumieć, ale i tak być, uparcie trwać przy drugim człowieku i mimo odrzucenia nie poddawać się, próbować ponownie. Miłość to poświęcenia. To nowe wyzwania, które podejmujemy, by być szczęśliwymi. I móc dzielić się tą radością z ukochaną osobą.
Tak powinna wyglądać miłość.
A jak wygląda naprawdę? Jest jak taka zagadka na palce, gdzie im bardziej próbujesz się wyrwać, tym bardziej utykasz. Kiedy nie możesz się cieszyć ciepłem kochanka, jego dłonią w twojej dłoni. Bo miłość to tak naprawdę klatka, w którą zamyka cię obiekt twych uczuć i na twoich oczach bawi się złotym kluczykiem, drażniąc cię.
Miłość nie potrafi uratować życia. To dzieje się tylko w bajkach. I mimo że ludzie nazywają siebie nawzajem 'księżniczką' czy 'księciem', ma się to nijak do bajki. Miłość potrafi tylko zabijać. Z miłości się umiera. Twoje serce ma dwie drogi - być z miłością, ale później ją stracić, tak czy inaczej, albo nie być z nią i cierpieć od początku.
Tak czy siak umrzesz z miłości. Więc po co w ogóle kochamy?
Dla takiej jednej chwili, kiedy czujesz się kochany. A może raczej: żeby pozwolić komuś czuć się kochanym. To uczucie nie zabija. To uczucie faktycznie ratuje życia. Bycie kochanym.
Bo kochając oddajesz swoje istnienie osobie, którą kochasz.
A będąc kochanym, otrzymujesz czyjeś istnienie.
Proste, prawda?

***

Wracałem wtedy od Michaela, pamiętam to jak dziś. Była noc, ciemna, bez gwiazd. Jedynym źródłem światła był księżyc, świecący jedynie ledwo widocznym paseczkiem na granatowym niebie. Wszystkie latarnie były wyłączone; najwyraźniej miała miejsce jakaś awaria prądu czy coś w tym rodzaju.
Szedłem uliczką, kiedy ktoś uderzył mnie w głowę. Zatoczyłem się, jednak utrzymywałem równowagę, dopóki nie oberwałem po raz drugi. Moje nogi odmówiły posłuszeństwa, mimo to pozostawałem przytomny, kiedy mężczyzna ubrany na czarno przerzucał mnie sobie przez ramię i niósł mnie do jakiegoś nieznanego miejsca.
Szliśmy około pięciu minut, podczas których mój jakże lubiany kolega przeklinał za każdym razem, kiedy potknął się o byle jaki kamień, a miało to miejsce tyle razy, że cisza między nami trwała średnio siedem sekund.
Kiedy rzucił mnie na podłogę, byliśmy w jakimś opuszczonym budynku, stawiam na fabrykę. Wyszedł, zatrzaskując za sobą masywne drzwi.
Leżałem tak chwilę, nie zdając sobie sprawy z tego, co wydarzyło się przed sekundą. Moja głowa pulsowała w miejscu, w które zostałem dwukrotnie uderzony.
Po, cóż, dość długiej chwili usłyszałem ciche szlochanie. Przestraszyłem się początkowo, jednak szybko zdałem sobie sprawę z tego, że gdyby ten ktoś naprawdę mógł mi zaszkodzić, to na pewno nie szlochałby teraz w jakiejś ciemnej fabryce. Zebrałem w sobie resztkę sił i zawołałem:
- Halo? Kto tam?
Płacz ucichł na moment, po czym usłyszałem stukot butów o betonowe podłoże. Sekundy później poczułem chude ręce oplatające mnie w brzuchu. Niepewnie odwzajemniłem uścisk, starając się przypomnieć sobie, skąd znałem te ramiona.
- O mój Boże - wyszeptałem, kiedy tylko zdałem sobie sprawę z tego, kto był uwięziony razem ze mną. - Anthony?
- Calum, musimy stąd uciekać - wyszeptał. - Widziałem wyjście, tam, po drugiej stronie...
- Czego oni od nas chcą? - spytałem i poczułem, jak przez moje ciało przebiega dreszcz.
- Veroniki - odparł krótko, a ja zesztywniałem. Siedziałem tak chwilkę, trzymając w ramionach Tony'ego, tak delikatnie, jakby był małym motylkiem, który uściśnięty zbyt mocno, mógłby się połamać.
- Masz rację. - powiedziałem w końcu. - Gdzie widziałeś to wyjście?
- Po drugiej stronie, przy zakratowanym, pomalowanym czarną farbą oknie (tak, sprawdziłem to) leżą narzędzia. Nie jestem pewien, jakie, mogłem sprawdzić to tylko dotykiem, ale na pewno widziałem młotek. Kraty mają szerokość moich bioder, więc się tam przecisnę. Wtedy otworzę główne drzwi, bo wiesz, otwierają się od zewnątrz normalnie, a od środka kodem, którego nie znamy, jak się domyślasz.
- Jak długo tu siedzisz? - zmarszczyłem brwi, zdając sobie sprawę z tego, że nie widziałem go od dłuższego czasu.
- Nie mam pojęcia, nie widzę dnia i nocy, więc nie potrafię ci powiedzieć. Pewnie czasami idę spać o trzeciej po południu, a wstaję o pierwszej w nocy, kto wie. Ale dość długo, by móc zauważyć kilka rzeczy. Na przykład to, że jeśli przyszedł zacieniony mężczyzna, to za osiemnaście kapnięć odwiedzi nas ponownie. Mamy jeszcze około piętnastu kapnięć, więc sądzę, że rozsądniejszym byłoby poczekanie do następnej wizyty i rozpoczęcie planu bezpośrednio po jej zakończeniu - mówił szybko, tak jakby nauczył się tego wszystkiego szybciej na pamięć, a teraz po prostu to recytował.
- W porządku. - skinąłem, mimo że nie mógł zobaczyć tego w panującej dookoła ciemności.

***

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Kiedy tylko mężczyzna nas opuścił, ruszyliśmy w stronę narzędzi i rozbiliśmy młotkiem okno. Potem pomogłem Anthony'emu przejść przez kraty. Udało się, prawie od razu. Nie wierzyliśmy, że szło tak dobrze.
- Liczyłeś kapnięcia? - spytał, kiedy stał już na trawie na zewnątrz.
- Tak. Masz jeszcze dziewięć. Powodzenia. Wierzę w ciebie - chwyciłem jego rękę przez kratę i ścisnąłem ją krótko.
I wtedy naprawdę się przeraziłem. Klamka z drugiej strony zaczęła się poruszać, aż w końcu drzwi się otworzyły, a w nich stanęła jakaś postać. Zamarłem.
- O Boże - usłyszałem Tony'ego. Mrugałem szybko, starając się rozpoznać osobę w progu. Na próżno. Wystarczyło jednak, żeby ta się odezwała i wszystko stało się jasne.
- Macie siedem minut - zakomunikował Luke, a ja podbiegłem w stronę drzwi. Minąłem Hemmingsa, a on posłał mi krótkie spojrzenie, jednak szybko odwrócił wzrok.
- Macie naprawdę mało czasu, ruszaj - powiedział i przełknął głośno ślinę.
- Dziękuję, Lucas - wyszeptałem i pobiegłem prosto przed siebie, nie patrząc na to, gdzie zmierzam.
I nawet w takiej sytuacji, w trakcie ucieczki z opuszczonej fabryki, myślałem o niej.
Widzicie? Gdyby mnie złapano, byłbym martwy. Przez miłość. Miłość by mnie zabiła.
Ale mnie nie złapano.
A kroki zaniosły mnie pod jej dom. Znowu.
Zawróciłem i starając się nie wzbudzać podejrzeń, zmieniłem tempo do marszu. Gdy tylko minąłem moją bramę, odetchnąłem z ogromną ulgą. Momentalnie jednak wybrałem numer do Veroniki.
- Halo? Calum? - zdziwiła się.
- Czy Anthony jest w domu? - spytałem szybko.
- Nie, wyjechał z klasą na ob... Zaraz, właśnie przyszedł. Co się stało? - zabrzmiała na przerażoną.
- Powiedz mu, żeby wszystko ci opowiedział, ale wybrał fragmenty, które chce pominąć. I przekaż, że ja kazałem - zignorowałem jej pytania i rozłączyłem się.
Wszedłem do domu i rzuciłem się na kanapę. Moja mama pojawiła się w pokoju z kubkiem herbaty i podała mi go.
- Co się stało? - spytała cicho, czując, że działo się coś złego. Postanowiłem opowiedzieć jej wszystko, co do szczegółu. Ufałem jej, powinna wiedzieć.
Kiedy skończyłem, patrzała na mnie przerażona i wzięła mnie w ramiona.
- Najgorsze jest to - pociągnąłem nosem. - że nawet nie wiem, co mam teraz robić. Żyć normalnie i udawać, że to się nie stało? Nie chcę wzbudzać ich podejrzeń...
- Po prostu musisz o tym zapomnieć, Calum. Żyj swoim życiem, tego wieczora nie było - westchnęła. - Ale kiedyś go znajdziemy, kimkolwiek był i cokolwiek od ciebie chciał.

***

Dzień czterdziesty czwarty; 14 grudnia

Oblał mnie zimny pot, kiedy obudziłem się w nocy, znowu z powodu tego samego koszmaru. To już trzeci raz tej nocy, więc postanowiłem już nie zasypiać. Przetarłem twarz dłońmi i spojrzałem na zegarek stojący przy łóżku. Była szósta dwanaście, więc stwierdziłem, że zacznę przygotowywać się do szkoły.
Kiedy wszedłem do łazienki, od razu ściągnąłem koszulkę w zamiarze wzięcia porannego prysznica, ale kiedy spojrzałem w lustro, zauważyłem ogromnego siniaka na żebrach. Obejrzałem również tył głowy, sprawnie operując dwoma lustrami, na którym zauważyłem tylko nieduże rozcięcie.
Przygotowania do wyjścia zajęły mi zdecydowanie więcej czasu niż zwykle, więc wyszedłem o normalnej porze.
W czasie lunchu usiadłem przy moim stoliku, tym razem z Lukiem, chcąc porozmawiać z nim i dowiedzieć się czegoś o ,,mężczyźnie w czerni". Kiedy tylko chciałem zadać pytanie, dosiadła się do nas Ronnie, bezceremonialnie wyciągając swoje pudełko na lunch.
- Ej, nie poczułaś się za bardzo? - spytałem dosyć niegrzecznie. Veronica odrzuciła na stół serwetkę, którą właśnie wycierała jabłko i spojrzała na mnie z poirytowaniem.
- Dobra, mam dość. Naprawdę szukasz każdego możliwego pretekstu, żeby tylko mnie zjechać? - warknęła na mnie. Poczułem, jak krew w moich żyłach zaczyna pulsować coraz szybciej i szybciej. Dzisiaj zdecydowanie nie był dobry dzień, żeby mnie denerwować.
- Może i tak, ale to jedyny sposób, żeby uświadomić ci pewne kwestie - przewróciłem oczami, starając się za wszelką cenę nie wybuchnąć jej prosto w twarz.
- Jakie kwestie?! - oburzyła się i poderwała z krzesła.
- Może takie, że nigdy nie będziemy razem?! - krzyknąłem i również wstałem.
Ludzie zaczęli się nami interesować, okrążyli nas jak małpy w zoo, jakbyśmy byli jakąś cholerną stołówkową rozrywką.
- O, nie, nie, panie Hood. Ja nawet się nie łudziłam, że będziemy razem - uderzała palcem w moją pierś z każdym wypowiadanym słowem. - Pan nie ma serca, żeby kochać. Pan nie ma umysłu, żeby podtrzymać związek. I przede wszystkim - nie ma pan mnie, tak jak się panu niesłusznie wydaje.
- Oh, nie mówiłaś tego samego, kiedy wczoraj ratowałem twojego brata - syknąłem.
- Ty dupku! - warknęła i popchnęła mnie do tyłu.
- Co więcej...
- Ani mi się waż, kretynie!
- ...Powiem, że moje życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdybyś do niego nie wtargnęła, ot tak! - dramatycznie pstryknąłem palcami.
- Ja? To ja wtargnęłam do twojego życia?! Jesteś po prostu chamem, który nie zasługuje na żaden centymetr, nawet milimetr tego, co do niego czuję! Nie powinieneś się w ogóle urodzić! Dlaczego musiałam zakochać się akurat w tobie?! - wrzasnęła i nie mogła już powstrzymać łez. Patrzała na mnie bezradnie, a po niedługiej chwili wyrosła za nią jakaś dziewczyna. Położyła dłoń na jej ramieniu w przyjacielskim geście, ale ona ją zignorowała.
- I co? Nie masz mi nic do powiedzenia? Matka powinna cię lepiej wychować - fuknęła.
- Wynoś się, suko, nie chcę cię więcej widzieć - wyszeptałem, tak żeby tylko ona mogła to usłyszeć. Otworzyła szeroko oczy, a jej twarz przekrzywił grymas bólu. - Nie mieszaj między nas mojej mamy nigdy więcej.
I odszedłem, zostawiając ją tam samą w rozpaczy. Dla pewności: teraz, kiedy to spisuję, biję się w twarz za to, co wtedy zrobiłem.
Nadal nie wierzę, że nazwałem ją suką. Nie wiem, jak mogłem to zrobić. Zawsze była aniołem, który próbował przytrzymać mnie w powietrzu, kiedy upadałem. A ja ją zbezcześciłem.
Tak jakby?
Cholera, ona była kochana. I mimo wszystko była zabijana. Więc co teraz? Czy miłość naprawdę zabija w obie strony?
Nie ważne, czy kochasz, czy jesteś kochany - i tak umrzesz z miłości?

-----------
Okej, dobra, przyznaję się, ta część jest ultra do dupy, nienawidzę jej tak, jak nienawidzę siebie za to, że ją zepsułam. Na początku to miała być słodka część, w której Connie postanawia zostać przyjaciółmi, potem przypadkiem napisałam tą kłótnię, a potem jeszcze to porwanie i omg, Boże, jak ja nienawidzę tej części, ifndsignsdjnbs :c

Chociaż lubię te przemyślenia, one są spoko.

Przepraszam, że teraz dbam o bloga tak mało i w ogóle, ale mam tyle zajęć, aż nie uwierzycie. Wczoraj na przykład tańczyłam taniec belgijski z harcerzem z zhp na zuchach z zhr, nic XD No a jutro jadę do zoo, gdzie będę szaloną dziennikarką, także wiecie, zuchy lecą u mnie pełną parą i mam wrażenie, że to moje powołanie, więc nie mogę rzucić tego dla pisania... :(

No i tak, dziękuję za 4000 wyświetleń (teraz już w sumie 4300), jesteście boscy <3

A, właśnie. Za te przemyślenia o miłości dziękujcie @alicee_ok i jej epilogowi, nie mogłam się uspokoić dzisiaj, dlatego też część macie tak późno.

Jeszcze co nieco o hashtagu - za dwa dni Studniowa kończy całe 2 miesiące, toteż, klasycznie, ałtoreczka wymyśliła hasztadżek, tym razem będzie on działał aż do końca czerwca (szaleję). Zadawać tam możecie pytania na temat Studniowej: obu rozdziałów, które już są, ale również tego, co nadchodzi. UPRZEDZAM, ŻE NA PYTANIA 'czy ktoś umrze' I 'czy Connie będzie razem' NIE ODPOWIADAM. ALE WSZYSTKIE INNE TAK, HAHAHAH XD Hashtag nazywa się #ConnieQuestions, a w dodatku najaktywniejsi pytacze otrzymają możliwość wyboru epilogu, kiedy takowy będzie miał się pojawić, jee! <3

Zapraszam też na moje tłumaczenie wtngd i proszę o tweetowanie linka z jakąś zachętą po angielsku, to naprawdę dużo dla mnie znaczy! x http://www.wattpad.com/story/16584383-when-the-night-gets-dark-luke-hemmings

No to w sumie tyle, hahahah, to się rozpisałam, agaaaaaaaain :D

Kocham was mocno, mam nadzieję, że następną częścią was nie rozczaruję xx

2.8

(((Część napisana przy:
- The Vamps - Shout About It
- The Vamps - On The Floor
- The Vamps - Girls On Tv)))
WAŻNE INFO W NOTATCE, PRZECZYTAJCIE JĄ, PROSZĘ
PRZEPRASZAM WSZYSTKICH, KTÓRZY MAJĄ MI ZA ZŁE NIEDODAWANIE CZĘŚCI PRZEZ TYDZIEŃ, ALE JA TEŻ MAM SWOJE ŻYCIE :)))))))
*i tych, którzy obrażą się na mnie po tej części również :')*
Dzień trzydziesty drugi; 2 grudnia
Był dzień. Słońce wstało już dawno, a ja dopiero się obudziłem. Nie miałem pojęcia, co się działo, ale zszedłem na dół do kuchni. W drodze dobiegł mnie zapach smażonych naleśników, więc momentalnie pomyślałem o Veronice. Uśmiechnąłem się pod nosem i przyspieszyłem kroku. Nie pomyliłem się, Ronnie stała, oparta o kuchenny blat, i czytała poranną gazetę, raz po raz zerkając na patelnię, żeby kontrolować, czy
przypadkiem nic się nie przypala. Kiedy mnie zobaczyła, jej twarz się
rozpromieniła, a ja poczułem, że znowu mogłem oddychać.
Podszedłem do niej i przytuliłem ją, wkładając głowę w zagłębienie jej
obojczyka.
- Dzień dobry - powiedziała cicho, a kiedy przejechałem nosem po jej
policzku, zachichotała.
- Dobry - mruknąłem cicho. - Czym sobie zasłużyłem na takie śniadanie,
księżniczko?
- Nie pamiętasz? Nasza rozmowa wczoraj wieczorem... - spojrzała na mnie i uniosła obie brwi.
Wczoraj?
Mój umysł zaczął się rozjaśniać. Faktycznie, przyszła do mnie i długo
rozmawialiśmy. I coś nam przerwało w dokończeniu tego, co robiliśmy potem, a tym czymś na pewno nie była rozmowa.
- Chyba czegoś nie dokończyliśmy, prawda? - spytałem z uśmiechem. Ronnie skinęła głową i przysunęła się do mnie. Ująłem jej podbródek i od razu przylgnąłem swoimi ustami do jej. Jak zwykle nasz pocałunek przepełniony był pasją i pożądaniem, ale było w nim coś
jeszcze. Veronica nie smakowała
tak, jak zwykle. Coś było nie tak. Odsunąłem się od niej i zmarszczyłem brwi. Na moich oczach Ronnie zmieniła się w
Trish.
- Coś nie tak, Calum? - odezwała się, a ja zacząłem się cofać, kręcąc
powoli głową. Potknąłem się o próg i już miałem uderzyć w ziemię, kiedy...
- Calum! Calum! Już w porządku, to tylko koszmar... - usłyszałem kojący
głos. Było ciemno. Oddychałem cieżko, mój mózg przetważał wydarzenia ze snu. O Boże.
Potrząsnąłem głową, próbując wyrzucić wszystkie złe myśli z głowy.
Poszedłem spać dalej.
***
Obudziłem się, tym razem naprawdę. Spojrzałem
na zegarek, dochodziła
dwunasta. Cholera, pomyślałem, dzisiaj mam szkołę!
- Walić to - przewróciłem się na drugi bok i zdałem sobie sprawę z tego, że nie byłem sam. Obok mnie spała mała, krucha blondynka z rozchylonymi wargami i tuląca kołdrę. Uśmiechnąłem się pod
nosem. Wiedziałem, że w nocy
wejdzie na łóżko, zawsze tak robiła. Upierała się, żeby spać na ziemi, a
potem wdrapywała się do mnie.
Odsunąłem kosmyk włosów z jej twarzy. Była taka bezbronna, taka niew...
Wspomnienia okropnego snu uderzyły mnie momentalnie. Cofnąłem rękę i przygryzłem wargę. Dlaczego Ronnie tam była? Co ma ona do naszej relacji? Zmarszczyłem brwi w tym samym momencie, w którym usłyszałem ciche 'hej'.
Odwróciłem się w stronę dziewczyny i posłałem jej najbardziej naturalny wymuszony uśmiech, na jaki było mnie stać.
- Dzień dobry. Jak się spało na ziemi? - podkreśliłem dwa ostatnie słowa i zachichotałem.
- Zabawne - wtuliła twarz w poduszkę.
- Nawet nie wiesz - usiadłem i przeciągnąłem się z ziewnięciem.
- Polecisz mi jakiś dobry hotel w okolicy? - spytała i przetarła oczy wierzechem dłoni.
- Hotel 'U Hoodów' może być? - poruszyłen znacząco brwiami, a ona pokręciła głową ze śmiechem.
- Za wysokie progi na moje nogi, Caluś - cmoknęła z udawanym niezadowoleniem.
- No tak, przepraszam. To zostaje jeszcze hotel 'Opium i tanie wino'  albo trochę mniej luksusowy hotel 'Pod mostem'.
- Calum! - jęknęła, rzucając we mnie poduszką i zwlekając się z łóżka. - Co dzisiaj robisz? Chciałabym poznać Valerię.
- Veronicę - poprawiłem ją odruchowo. - Spotykam się z jej bratem, Tonym.
- Mogę iść z tobą? Nie mam już tutaj w sumie żadnych znajomych, bo wszyscy albo pozmieniali numery, albo już nie są tacy sami i ich nie lubię.
- W sumie, czemu nie? - wzruszyłem ramionami i wygramoliłem się ze śpiwora. - Anthony lubi wszystkich, więc ciebie też na pewni polubi.
- Mam nadzieję, nie lubię robić sobie wrogów - mrugnęła do mnie i udała się do łazienki. Przebrałem się szybko w pierwsze lepsze rzeczy z szafy i zszedłem na dół w celu zrobienia sobie kawy.
Zaraz, dzisiaj jest dzień szkolny. Tony jest w szkole. Nie mogę się z nim spotkać. Cholera.
- Patricia? - zawołałem i rozchyliłem usta oczekując odpowiedzi.
- Tak?
- Co ty na to, żebyśmy poszli teraz do parku, a spotkali się z Anthonym po południu?
- W porządku! - odkrzyknęła, więc wróciłem do parzenia kawy.
***
Kiedy dotarliśmy do niedużej ławeczki, postanowiliśmy na niej przysiąść. Za nami rozciągał się ten sam teren, na którym byłem kiedyś z Ve...
Nieważne.
- Brakowało mi Australii, nawet nie wiesz jak mocno - oparła głowę na moim ramieniu wpatrując się w pojedyncze, małe chmurki na niebie.
- A mi brakowało ciebie, wiesz? Tyle razy błagałem wszystko dookoła, żebyś teleportowała się do mnie jakimś sposobem i jakoś mi pomogła, rozważyć coś, rozwiązać problem... Potrzebowałem cię.
- W jakim sensie? - spojrzała mi w oczy.
- Ale co 'w jakim sensie'? - zmarszczyłem brwi.
- Brakowało ci przyjaciółki czy konkretnie mnie? - zbliżyła się do mnie niebezpiecznie i już miała mnie pocałować, kiedy usłyszałem głos za sobą.
- Calum?
Przełknąłem głośno ślinę. Co ona tu robi?
- O, hej! To ty pewnie jesteś Victoria, prawda? - odezwała się Trish, w dodatku powiedziała to tak lekko, jakby wcale nie chciała mnie przed chwilą pocałować.
- Veronica - poprawiła ją grzecznie i podała jej rękę na przywitanie. - Calum, co tu robisz? Nie jesteś w szkole? - spytała, a ja nawet na nią nie spojrzałem. Boże, była taka wścibska, czemu wcześniej tego nie zauważyłem?
- Może to ciebie powinienem o to spytać? - warknąłem i pociągnąłem Patricię za rękę zmuszając ją, żeby wstała.
- Oh, Cal! Co ty... - przerwałem jej kolejnym szarpnięciem jej dłoni. - No cóż... Miło było cię poznać! - krzyknęła machając energicznie do osoby, której widoku nie mogę już znieść.
- Hej, jest całkiem miła, co z nią nie tak? - spytała Patricia, kiedy odeszliśmy kawałek.
- Mówiłem ci już - uciąłem rozmowę.
Nie należy do mojego świata.
-----------
Okej, dobra, przyznaję, wymusiłam go, ale naprawdę mam już kaszkę w mózgu z nadmiaru zajęć, testów, zaliczeń...
UH, ZA CO? ;-;
No ale tak poza tym.
Przykro mi się zrobiło jak przeczytałam ten jeden negatywny komentarz przy One Shocie Connie, naprawdę :( nie chciałam, żeby postaci wydawały się sztuczne, czy odnosicie takie wrażenie? :c
Jeszcze dla sprostowania, bo to się pojawiło w  tym komentarzu również - nie chciałm spoilerować i nadal tego nie chcę, ale to tylko one shot, który W OGÓLE nie odnosi się do historii. Oni wcale mogą nie zawrzeć tego małżeństwa w opowiadaniu, no halo, na tym polegają one shoty, tak? Informacje tam zamieszczone, takie jak ,,bo rzuciłem szkołę po pierwszej klasie" mogą okazać się całkowicie nieprawdziwe. Bo nie wiem, czy Calum rzuci tą szkołę, czy nie. Znaczy, ja wiem, ale wy jeszcze nie. I tak na razie zostanie.
W ogóle to myślałam, że lubicie spoilery, no ale skoro nie, to tylko okazjonalnie i tylko zainteresowanym będę je wysyłać, smutne.
To w sumie tyle, hueh xd
Pozdrawiam i dedykuję część wszystkim świeżakom na Studniowej! Witajcie na pokładzie, hahahahaha :D
Kocham was bardzo mocno!
iks igrek zet *yesss hahahahaha XDD*
nic.

czwartek, 5 czerwca 2014

CONNIE ONE SHOT - ,,Miły przerywnik w Kuracji" :)

 <----------- GŁOSUJ W ANKIECIE

Veronica's POV

Dzień jak co dzień. Na dworze latały mewy, piasek pod moimi stopami poskrzypywał cichutko, a ja trzymałam za rękę miłość mojego życia, już piąty rok. Pięć lat temu, dokładnie pięć lat temu poznałam Caluma i pokochałam go bez końca. To było niesamowite, tak jakby ktoś od razu zaplanował, że mam być tylko z nim, z nikim innym.
Skręciliśmy w jakąś dziką dróżkę, nie myśląc za wiele, po prostu ciesząc się swoim towarzystwem. Deptałam korzenie i połamane patyki, ale w sumie tego nie czułam. Była tylko jego dłoń w mojej dłoni, tylko ja i on.
Nic więcej nie istniało.
- Ronnie...? - głos Caluma wyrwał mnie z tego błogiego stanu, a kiedy odwróciłam do niego głowę, uśmiechnął się do mnie nieziemsko. - Pamiętasz, co jest dzisiaj? - spytał cicho, pocierając swoim kciukiem moje knykcie. Stanęliśmy w miejscu przy jakimś pniu. Usiedliśmy na nim, a ja oparłam głowę na ramieniu chłopaka. On oplótł mnie ramieniem, przyciągając do siebie jeszcze bliżej, o ile było to możliwe.
- Oczywiście. Pięć lat, Caluś. Całe pięć lat - westchnęłam. - Kiedy to zleciało, hm? - mruknęłam, prostując nogi i wystawiając stopy na cienki pasek słońca przedzierający się przez drzewa.
- Sam nie wiem - pokręcił głową. - Pamiętasz, jak w liceum jedliśmy razem lunche?
- Tak! I te moje pudełka - zachichotałam. - Albo te naleśniki z chilli...
- Nie przypominaj mi - skrzywił się, a ja uderzyłam go w ramię nadal się śmiejąc.
- Hej! Nie były aż takie straszne - wytknęłam mu język. Calum wywrócił oczami i również wybuchł śmiechem.
- No dobra, przyznaję, jeśli to wiązałoby się z wiecznością spędzoną z tobą, to mógłbym je jeść codziennie.
- Chciałbyś spędzić ze mną wieczność? - uniosłam brew, a on się zmieszał.

Calum's POV

No i się zaczęło. Nie zamierzałem przechodzić do rzeczy tak szybko, chciałem chwilę z nią porozmawiać, trochę to odwlec.
- Tak. Jesteś miłością mojego życia, wiesz o tym, prawda? - spytałem niepewnie, patrząc jej prosto w oczy.
- Wiem. A ty wiesz, że jesteś miłością mojego życia? - uśmiechnęła się ciepło, ujmując moją dłoń. O matko.
- Nie wiedziałem. Dziękuję, że mi powiedziałaś. Teraz nie będę się bał.
- Nie będziesz się bał czego? - zmarszczyła brwi.
- Wiesz, Ronnie, pokochałem cię od początku. Dzień minus sześćdziesiąty pierwszy, kiedy pierwszy raz do mnie napisałaś, dzień minus sześćdziesiąty, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, dzień minus dwudziesty, kiedy pierwszy raz cię pocałowałem, potem całą tą głupią studniową, to wszystko, co się działo, utwierdzało mnie w przekonaniu o tym, jak bardzo cię kocham. Kocham w tobie chyba wszystko, każdy cal twojego ciała jest idealny, każdy skrawek twojego charakteru jest perfekcyjny. Uwielbiam to, jak zawsze mnie poprawiasz, kiedy się mylę, jak śmiejesz się ze mnie, kiedy nie potrafię czegoś zrozumieć, bo rzuciłem szkołę po pierwszej klasie, a nawet w jej środku. Uwielbiam to, jak twój nos się marszczy, kiedy cię w niego całuje, jak wystawiasz język, kiedy skupiasz się nad czymś, co robisz. Uwielbiam całą ciebie. Kocham cię, Veronico Darkstone, i naprawdę chciałbym spędzić z tobą całe moje życie.
Klęknąłem przed nią na drżących nogach, a ona otworzyła szeroko oczy. Jej wargi rozchyliły się ze zdumienia.
- Dlatego proszę cię, najpiękniejsza kobieto na ziemi, moja największa miłości i najgorszy kucharzu, wyjdź za mnie i pozwól mi spędzić ze sobą wieczność.
Czekałem niepewnie, trzymając w dłoniach to cholerne pudełeczko, a ona patrzała to w moje oczy, to w nie.
- Calum, ja...
- O Boże, Ronnie. - zacząłem panikować. - Ty mnie nie chcesz. Matko, jak mogłem być taki głupi - wstałem i zacząłem chodzić w kółko, trzymając się za głowę i raz po raz szarpiąc się za włosy.
- Nie, to nieprawda. Kocham cię całym sercem. Tak, Calum, poślubię cię.

---------------
Część 2.8 pojawi się w niedzielę, o ile mi się uda :')
Jutro mam zaliczenie z geografii na 10:00 :))))))))))))))))))))

Głosujcie w ankiecie! x

sobota, 31 maja 2014

2.7


(((Część pisana przy piosenkach:
- Sam Smith - Stay With Me
- Great Big World ft. Christina Aguilera - Say Something)))

NOTATEŁKA DO CZYTANIA :D


Dzień trzydziesty pierwszy; 1 grudnia
Kiedy robi się ciemno i nadchodzi noc, ludzie zachowują się różnie. Niektórzy w popłochu uciekają do domu jak myszy do norek, inni wychodzą jak tygrysy i żyją swoim życiem. Jest albo jedno, albo drugie. Nie ma nikogo pomiędzy. Oprócz mnie. Bo byłem też ja, o dwudziestej trzeciej, i myślałem nad sensem tego wszystkiego. Tej studniowej kuracji. Tej cholernej miłości. Tych niebieskich oczu. No bo kurczę, jaki jest sens ich istnienia? Tylko łamią ludzkie serca, nic więcej. Równie dobrze tęczówki mogłyby być czarne, wtedy nikt nie mógłby się w nich zakochiwać. Ale gdyby nie było ich, to co moglibyśmy pokochać? Łokieć? Czoło? Piętę? Ciało nie ma innego takiego miejsca, które można bezgranicznie pokochać, oprócz tęczówek. To niesamowicie skomplikowane.
Jadłem resztki chińszczyzny, którą zamówiłem rano, ale której nie zdążyłem zjeść. Słońce grzało cały dzień, prawie zaczęło się lato. Niedługo święta, nowy rok. Wszystko leci tak szybko...
Ale teraz czas nie płynął, bo w krainie moich myśli nie było zegara. A ja udałem się tam na długą podr...
- Hood, do kurwy nędzy! - usłyszałem zdenerwowany głos z dołu. - Chodź tu i się tłumacz!
Zmarszczyłem brwi. Hemmings?
- O co chodzi? - krzyknąłem ze szczytu schodów, zaczynając po nich zbiegać.
- O co chodzi? O co chodzi?! Ja ci zaraz powiem, o co chodzi!
- Przecież na to czekam... - mruknąłem przewracając oczami.
- Powiesz mi łaskawie, kto nakablował rodzicom Juls, że ze mną wyszła? - syknął Luke, a ja uniosłem brwi.
- Wyszedłeś z Juls? Dobrze się czujesz? - położyłem dłoń na jego czole 'sprawdzając' jego temperaturę.
- Calum! Mówię poważnie. Ma przeze mnie kłopoty.
- Nie mam pojęcia. Dlaczego na mnie krzyczałeś, kiedy tu wszedłeś?
- Myślałem, że to ty. - wzruszył ramionami.
- Nope. - uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Uh, no dobra. Idę szukać dalej. Dzięki, Cal - machnął krótko ręką, a ja skinąłem i wróciłem na górę. Gdy tylko drzwi wejściowe się zamknęły, usłyszałem, że znowu się otwierają.
Zawróciłem więc i stanąłem przy schodach czekając na Lucasa wpadającego do środka i zabierającego zostawioną rzecz. Zamiast tego moim oczom ukazała się niska blondynka o brązowych oczach ubrana w dużą szarą koszulkę i kolorowe legginsy. Zmarszczyłem czoło nie kojarząc jej twarzy, jednak skojarzyłem fakty, kiedy uśmiechnęła się, a w jej lewym policzku pojawił się dołeczek.
Trish.
- O mój Boże, Calum! - pisnęła i przytuliła mnie ciasno. Odwzajemniłem uścisk wdychając jej orientalne perfumy.
Niektóre rzeczy się nie zmieniają...
- Patricia - wyszeptałem nadal nie do końca wierząc w to, co działo się wtedy. - Co tu robisz? - wydukałem po chwili.
- Wiesz, Adelaide czeka na mnie dopiero od następnego semestru, a ja się stęskniłam, więc stoję w twoim korytarzu i tulę cię jak idiotka - nadal mnie nie puściła. Delikatnie odsunąłem ją od siebie przyglądając się jej twarzy. W sumie aż tak się nie zmieniła, na pewno wydoroślała, ale nadal wyglądała całkiem podobnie jak kiedyś. Oprócz jednego...
- Boże, gdzie są twoje włosy? - otworzyłem szeroko oczy, podrzucając delikatnie kosmyk z jej głowy. Trish zachichotała.
- Były śliczne, no nie? Szkoda, teraz są ładniejsze - wytknęła mi język, a ja przypomniałem sobie pięcioletnią dziewczynkę z lokami do pasa, która robiła dokładnie to samo.
Po chwili bezczynnego stania w ciszy, odezwałem się:
- Napijesz się czegoś? Herbaty?
- Poproszę. Dw...
- Dwie i pół łyżeczki, pamiętam - mrugnąłem do niej, a ona z uśmiechem usadowiła się na krześle przy stole.
- Opowiadaj lepiej co tam u twojej Julki - wyszczerzyła się, najpewniej dumna ze swojej znajomości brytyjskiej literatury, a ja zarumieniłem się i spuściłem głowę, zajmując się niezwykle dokładnym odmierzaniem łyżeczek cukru.
- Nic ciekawego. Miała wypadek w środku listopada, ale już z tego wyszła - wzruszyłem ramionami.
- Co? I to jest nic ciekawego? Jak to się stało?! - ułożyła usta na kształt litery 'o'.
- Przebiegała przez ulicę, potrącił ją samochód. Proszę, czy możemy o niej nie rozmawiać?
- Nadal się z nią nie umówiłeś? - pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Przestań, Trish. Po prostu przestań - potrząsnąłem głową i wyłączyłem gotującą się wodę.
- Uh, okej - mruknęła.
- A jak tam twoja mama? Radzi sobie? - spytałem cicho, pamiętając, że to drażliwy temat.
- Wiesz... Moja mama nie żyje - przygryzła wargę.
- O Boże, przepraszam - jęknąłem momentalnie biorąc ją w ramiona. - Co się stało?
- W końcu pobił ją tak mocno, że jej organizm nie wytrzymał - jej głos załamał się przy ostatnim słowie, więc mocniej opatuliłem jej ciało rękami.
- Tak mi przykro...
- Nie powinno być. Nieważne. Ja nadal czekam na tą herbatę - szybko zmieniła temat ocierając pojedynczą łzę spływającą po jej policzku.
- Się robi, proszę pani - uśmiechnąłem się pocieszająco i zalałem wodą torebeczkę z ziołami. Podałem szklankę Patrici, a ona przyjęła ją z wdzięcznością.
Rozmawialiśmy ze sobą cały wieczór, nawet nie zauważyliśmy, kiedy nadeszła północ. Zmartwiony wyjrzałem przez okno, a potem wróciłem wzrokiem do roześmianej Trish.
- Sydney o tej porze jest naprawdę niebezpieczne, naprawdę chcesz wracać do hotelu tak późno? - przygryzłem wargę.
- Nic mi nie będzie, jestem twarda - zachichotała Patricia. Nie przekonało mnie to jednak.
- Może zostaniesz na noc? - zaproponowałem nie myśląc o tym, jak mogło to zabrzmieć. Trish zakrztusiła się i dostała histerycznego napadu kaszlu.
- Co? Że ja? Z tobą?
- Mogę spać na ziemi - zaproponowałem. Patricia wyglądała na nieugiętą.
- Nie ma mowy.
- Oj, no proszę cię. Ten jeden raz - ustąp. Naprawdę się martwię.
Dziewczyna zaczęła bawić się palcami pod stołem - nerwowy odruch, który widocznie nie przeminął jej z wiekiem.
- Uh, no dobra. Ale to ja śpię na ziemi - powiedziała twardo. Westchnąłem zrezygnowany, bo wiedziałem, że nie odpuści.
- Dobra.
Weszliśmy na górę. Dałem jej moją koszulkę, żeby miała się w co przebrać, po czym zaprowadziłem ją do łazienki. Wróciłem do pokoju i zdjąłem kołdrę z poduszkami z łóżka, kładąc je na podłodze. Rozłożyłem dla siebie koc i szybkim ruchem zdjąłem koszulkę i spodnie, szukając dołu od piżamy. Założyłem go i wsunąłem się pod koc. Nawet nie wiem, kiedy Patricia wróciła do pokoju, bo od razu zasnąłem.


-------------
 Okej, nie jestem z tego w 100% zadowolona, ale przynajmniej jest.

Przypominam o konkursie na odgadnięcie mojego wieku! Nagrodą jest przewaga w następnym konkursie, w tamtym zaś można wygrać możliwość zadecydowania, który epilog pojawi się w opowiadaniu! :D

Nie ma dzisiaj Veroniki, po części ze względu na Kornelię (pozdrawiam cię, bo wiem, że to właśnie czytasz, hhahhahah), która ciągle powtarza mi, jak to bardzo jej nie lubi, oh, smutne XD

Nie wiem, czy wiecie, ale zaczęłam tłumaczyć razem ze wspaniałą @Niess94 fanfiction When The Night Gets Dark na angielski, link TUTAJ :)

Yes, właśnie dostałam wiadomość, że mam przetłumaczyć jednak rozdział pierwszy, a nie drugi, a wcześniej miałam już kawałek (prawie 2/3) przetłumaczony, ale usunęłam, bo se myślę 'a po co, skoro ona tłumaczy' SUPERAŚNIE <33333333

Nieważne, nie wiem, o co chodzi

Niedługo dodam Patricię do zakładki o bohaterach :)

GŁOSUJCIE W ANKIECIE PO LEWEJ STRONIE I ZAZNACZAJCIE WSZYSTKIE PODPUNKTY, KTÓRE DOTYCZĄ WAS!

Kocham was mocno! x

wtorek, 27 maja 2014

2.6

(((Część pisałam przy piosenkach:
- Passenger - Heart's On Fire
- Ed Sheeran - One

W tekście pojawiają się fragmenty kolejno: wyżej wymienionego Heart's On Fire i króciutko Ordinary Love od U2.)))

Dzień dwudziesty trzeci; 23 listopada

Nadal siłowałem się z samym sobą, żeby nie czytać listu od Veroniki. Jak na razie wygrywałem bitwy, ale byłem świadomy, że wojnę przegram i prędzej czy później go otworzę.
Wyjrzałem za okno o siódmej rano. Na dworze było już jasno, robiło się coraz cieplej wraz z nadchodzącym ogromnymi krokami australijskim latem. Został miesiąc do świąt, a ja nadal nie wiedziałem, co powinienem kupić mamie i zespołowi. Dopiero zaczynaliśmy grać i w ogóle, ale mieliśmy już kilka naprawdę niezłych kawałków. A my sami zaprzyjaźniliśmy się jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wszyscy byliśmy z tego samego rocznika, a nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo do siebie pasowaliśmy*. To niesamowite.
Westchnąłem przeciągle, wpatrując się w trawę przed domem muśniętą wczesnymi promieniami słońca. Mieniła się wszystkimi kolorami tęczy dzięki kropelkom rosy delikatnie spoczywającym na źdźbłach.
Zadzwonił mój telefon. Niechętnie przerwałem rozmyślania nad murawą i podążyłem za dźwiękiem Kings And Queens. Odebrałem bez sprawdzenia dzwoniącego.
- Halo? - mruknąłem.
- Niezłe powitanie - usłyszałem chichot po drugiej stronie słuchawki. Nie, nie... To niemożliwe, ona...
- Trish? - spytałem z niedowierzaniem.
- Nie, teraz jestem już Patricią, dorosłam, Caluś, nie mam już dziewięciu lat - jestem pewien, że przewróciła wtedy oczami.
- Jak i ja. - przypomniałem, zwracając uwagę na Caluś, które wtedy było dozwolone już tylko dla mojej mamy.
Trish była moją przyjaciółką od małego kajtka, ale kiedy wyjechała do Nowego Jorku jakieś pięć lat temu, nie mieliśmy żadnego kontaktu. Wiedziała o mnie wszystko, a ja zawsze skrycie się w niej podkochiwałem. Mimo to traktowałem ją jak starszą siostrę; Patricia była ode mnie rok starsza. Fakt faktem ten rok to tak naprawdę trzy miesiące (ona urodziła się w październiku, a ja w styczniu kolejnego roku), jednak rocznik nie kłamał i teoretycznie nadal była starsza.
- Taa... Nieważne. Opowiadaj, co tam u ciebie! Dawno się nie odzywałam, nie? - znowu zachichotała, a mi zrobiło się ciepło na sercu, bo tęskniłem za tym dźwiękiem.
- W sumie nic się nie... - urwałem, spoglądając na biurko, gdzie leżała kartka z moim wykaligrafowanym imieniem. - Caluś się zakochał. - wyznałem z cichym westchnięciem.
- Ojejku, naprawdę? - pisnęła radośnie. - Jak się nazywa? Ładna jest? Chodzi z tobą do liceum? Czy też coś do ciebie czuje?
- Veronica. I jest najśliczniejszą dziewczyną na Ziemi. A ja jestem największym idiotą na Ziemi, bo ciągle ją ranię i odpycham. Ale tak będzie dla niej najlepiej - skwitowałem opadając na łóżko.
- O matko, za dużo jak na jeden raz - wypuściła powietrze ze świstem. - Ale dlaczego nie możesz po prostu powiedzieć jej, ile dla ciebie znaczy, i być szczęśliwym? To nie takie trudne, Calum.
- Wydaje się. Ona nie należy, um, nie należy do mojego świata - przygryzłem wargę, mimo że nie mogła tego widzieć.
- Oh, rozumiem, jesteś zbyt zakochany w samym sobie i zajęty lizaniem dup swoich nowych niby-kumpli, żeby skorzystać z szansy na miłość twojego życia. Dobrze myślę, prawda?
- Po to zadzwoniłaś? - mruknąłem zirytowany. - Żeby robić mi wykłady?
- Nie, chciałam ci powiedzieć, że dostałam propozycję od naprawdę dobrej szkoły w Adelaide i zamierzam się tam przenieść.
- Mieszkam w Sydney, Patricia.
- Wiem o tym. Mimo wszystko wolałam, żebyś wiedział, że nie jestem już na drugim końcu świata i że możemy się kiedyś spotkać... - odpowiedziała niepewnie.
- Okej, może kiedyś. - odparłem oschle, nadal zły o jej wcześniejszy wykład.
- Oh, w porządku. No więc, uh... Miłego dnia, Hood.
- Ta, wzajemnie - burknąłem. Połączenie zostało zakończone.
Trish zawsze była mi bliska, ale czasami naprawdę doprowadzała mnie do szału. Zawsze myślała, że wie, co dla mnie najlepsze, ale tak naprawdę okropnie się myliła.
Zszedłem na dół i chwyciłem plecak. Potrzebowałem oczyścić umysł. Założyłem słuchawki i rozkoszowałem się każdym dźwiękiem płynącym do moich uszu. Ruszyłem w las, pod górę, na miejsce, które znałem tylko ja. Miałem plecak, gitarę i tylko siebie samego. Tam mogłem pomyśleć nad wszystkim spokojnie, powoli.
Już prawie dotarłem, kiedy dotarły mnie dźwięki instrumentu i delikatny, dziewczęcy głos. Wiedziałem, że to ona. Poznałem od razu. Zaczekałem więc, wsłuchując się w tekst śpiewany przez Veronicę.
Cóż, nie wiem jak ani nie wiem dlaczego...
Ja też nie wiem, Veronica. Nie wiem, jak to się stało.
Kiedy masz ochotę śmiać się, ale zaczynasz płakać...
Znam to dobrze.
Nie mam dużo i nie mam wiele...
Masz wszystko, czego ci brakuje?
Oh, kochanie, moje serce płonie...
Oh, moje też. Dla ciebie.
Wtedy postanowiłem podejść do niej po cichu. Czekałem kilka kroków za nią, dopóki nie skończyła grać. Wtedy usiadłem koło niej bez słowa, a ona wyglądała na niewzruszoną moim przyjściem. Wyciągnąłem więc gitarę z jej rąk i dostroiłem ją delikatnie, po czym zacząłem grać.
Nie możemy polecieć dalej, jeśli nie możemy czuć zwykłej miłości, nie możemy sięgać po więcej, jeśli nie potrafimy poradzić sobie ze zwykłą miłością.
Ronnie spoglądała to na mnie, to na jej gitarę, którą, w sumie, bezczelnie jej zabrałem.
Napisałem tą piosenkę już kiedyś, a ostatnio dowiedziałem się od chłopaków, że jest naprawdę dobra, więc stwierdziłem, że kiedyś ją sprzedam. Wtedy jednak, dopóki była jeszcze moja, mogłem ją śpiewać bez wyrzutów.
Kiedy skończyłem, między nami zapadła niezręczna cisza. Nie potrafiłem się odezwać, wiedziałem, jak mocno ją zraniłem. W końcu Ronnie zabrała głos.
- Przeczytałeś mój list? - pokręciłem przecząco głową, oddając jej gitarę. - W porządku. To ja chyba będę się zbierać - powiedziała cicho. Nie odpowiedziałem, po prostu obserwowałem jak zbiera swoje rzeczy i pakuje instrument do futerału. A potem odeszła bez jakiegokolwiek pożegnania.
Chwilę posiedziałem sam na sam z moimi myślami, a kiedy wróciłem do rzeczywistości, okazało się, że powoli zaczynało się ściemniać.
- Najwyraźniej chwila zmieniła się w godziny - mruknąłem pod nosem i chwyciłem plecak.
Zszedłem z góry, wyszedłem z lasu, wróciłem do domu.
Pierwszym, co zrobiłem, było odnalezienie listu Ronnie. Przeczytałem go niezwłocznie.

Przecież miałeś być zawsze, kiedy będę cię potrzebować...
V.

Moje serce pękło na milion kawałków. Wtedy przestałem ją kochać. Bo nie miałem już czym.










*wiek Michaela, Luke'a i Caluma został nagięty na potrzeby opowiadania. Jest rok 2010, jednak chłopcy mają po 16 lat, tak jak Ash :)

------------------------
OK I CAN'T, TA KOŃCÓWKA MNIE ZABIŁA


No a tak na marginesie - wiecie, teraz dodaję to tak w sumie z komputera kuzynki, także się jarajcie. Na Dzień Dziecka dostaniecie 2.7, tak sądzę przynajmniej, bo wtedy ma do mnie wrócić laptop, yaaay! <33


No także ten no. Pojawia się Patricia w 'hołdzie' (XD) dla Patrycji, która wygrała konkurs na zdjęcia! Szkoda, że niektórzy obiecali wysłać, a tego nie zrobili :ccc Niby maj jeszcze trwa, więc możecie dosłać te zdjęcia, ewentualnie jeśli ktoś przebije te Patrycji to dostanie drugą postać, to nie problem, hahahhah :D


Hashtag #Studniowa was bardzo kocha i mu smutno, bo nie tłitujecie na nim :CCCCCCCCC


Ja też was kocham, ofc! xxxxxx

piątek, 23 maja 2014

2.5

(((Pisałam w ciszy, bo jestem już w sumie spóźniona, za dziesięć minut muszę wyjść! ofjidsjgis)))

Dzień dziewiętnasty; 19 listopada

Tego dnia Ronnie wyszła ze szpitala. Nadal była bardzo poobijana, ale jej stan zdecydowanie się polepszył. Dowiedziałem się, że wpadła pod samochód, kiedy biegła na autobus, bo była już spóźniona. Oczywiście, zezłościłem się na nią, bo naraziła swoje życie dla głupiej frekwencji na spotkaniu rodzinnym, ale to szybko minęło i ustąpiło miejsca współczuciu.
- Hej, stary, słyszałem, że Veronica miała wypadek - przyszedł do mnie Luke i podał mi rękę w ten charakterystyczny sposób. On sam też czuł się o wiele lepiej i przestał mamrotać o jakichś sieciach.
- Tak, umm... - przygryzłem wargę, temat Ronnie nadal nie był dla mnie zbyt przyjemny. - Ale już jest okej. - dodałem po chwili.
- Mam nadzieję, polubiłem ją, gdy ją lepiej poznałem. I gdy patrząc na nią nie myślę o nich...
- Luke, w porządku? - zmarszczyłem w brwi.
- Um, tak, oczywiście. Wybacz, muszę już iść. Na razie, Cal!
- Cześć... - wypowiedziałem cicho za biegnącym już Hemmingsem. Wzruszyłem ramionami i usiadłem przy stoliku. To znowu ta głupia pora lunchu. Ale nie. Tym razem nie będzie głupia. Wstałem korzystając z nieobecności Ronnie i ruszyłem do stolika chłopców, gdzie dwa miejsca były wolne - jedno moje, stare, i jedno Lucasa.
- Hej, Hoodie! - Michael uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłem gest i wymieniłem krótkie przywitanie z Ashtonem.
- Więc książę nie siedzi z księżniczką? - spytał Mike chichocząc. Przewróciłem oczmi, a wtedy za moimi plecami rozległ się cichutki głos.
- Najwidoczniej nie.
Odwróciłem się i ją zobaczyłem. Miała spuchniętą wargę, nadal, i ranę biegnącą przez pół policzka. Wcześniej jej nie miała, pomyślałem i zmarszczyłem brwi.
- Miłego lunchu, Calum.
I odwróciła się, ruszając w stronę naszego zwykłego stolika. Zauważyłem, że bardzo ciężko jej się ruszać, więc już prawie wstałem i pomogłem jej w bezpiecznym dotarciu na miejsce, jednak ona się przewróciła i zaczęła zwijać z bólu. Prawie cała szkoła zaczęła się z niej śmiać, a ona tylko jęczała, skręcając się na ziemi. Krzyczała coś, ale jej nie usłyszałem. Podszedłem więc bliżej niej i wtedy zrozumiałem jej słowa.
- Calum, proszę, pomóż mi!...
Stanąłem w miejscu patrząc na bezradną brunetkę na podłodze, po czym odwróciłem się na pięcie i zignorowałem ją. Wróciłem do stolika.
- Stary... Jesteś chujem - skwitował moje zachowanie Luke, który musiał przyjść w trakcie mojej niedługiej nieobecności.
- Wiem o tym. Ale tak będzie dla niej najlepiej, zapomni o mnie...
- Pierdolenie - skrzywił się Ashton i wziął bułkę w ręce.
Resztę lunchu spędziliśmy w ciszy.
Po lekcjach podszedłem do szafki, żeby włożyć do niej książki, jednak kiedy ją otworzyłem, ze środka wypadł liścik zaadresowany do mnie. Otworzyłem szeroko oczy. To na pewno Veronica.
Schowałem go więc do plecaka z obietnicą, że go nie otworzę.

------------------
Jest tak cholernie krótko, ale cieszcie się, że w ogóle jest, bo męczyłam się z nim okropnie. Po prostu wszystko, WSZYSTKO, co napisałam, było beznadziejne. vnjbnksdjkbsjd
Dziękuję za ''wenę'' @5secofallie, znowu mi pomogłaś. Zasłużyłaś na jakiś order z ziemniaka czy coś, ahhaaahahhah :D
Zostało tylko 8 dni konkursu! Dalej możecie przesyłać zdjęcia Caluma i Veroniki, które kojarzą się wam ze Studniową. Przypominam maila: cedricellina@gmail.com :)
Hashtag #Studniowa działa tylko do końca rozdziału 2! 
Rozdziały 3 i 4 będą się nazywać...
PAM PAM PAM......
Za Rogiem! :D <33333
Więc wtedy obowiązywać będzie hashtag #ZaRogiem, oryginalne, hahahahhaha XD
Dlatego musicie używać #Studniowa, żeby się z nim pożegnać! <3

No to w sumie tyle, hahahahha

A, jeszcze nie!
Ogłaszam konkurs, w którym są do wygrania SPOILERY! Jeee!
Wystarczy zgadnąć, ile mam lat.
DOTYCZY TWITTEROWICZÓW Z WYJĄTKIEM @luvmyaustin *wybacz, słonko, hahahah*

Kocham was mocno! x

wtorek, 20 maja 2014

2.4

(((Część pisałam przy piosenkach:
- A Fine Frenzy - Almost Lover *radzę sobie przeczytać tłumaczenie przed przeczytaniem części*
- Glee - Jar Of Hearts)))

Dzień czternasty; 14 listopada

Nie miałem najmniejszej ochoty opisywać tego dnia, bo uważałem, że był jednym z najżałośniejszych w moim życiu, jednak to wyszło samo. Tak jakbym zupełnie tego nie planował. Mimo wszystko dodam go do mojej historii, bo jest niezwykle ważnym elementem całej układanki.
Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Rano potrzebowałem trzech dużych, czarnych kaw, żeby w ogóle wstać, a w szkole i tak byłem na tyle nieprzytomny, że nieświadomie zgodziłem się dostarczyć alkohol na urodziny Mike'a. Wróciłem do domu również całkiem mechanicznie.
Pierwszym, co zrobiłem po wejściu do domu, było złapanie gitary. Zacząłem coś brzdąkać, tak po prostu. Potrzebowałem tego. Było tak niesamowicie uspokajające i jednocześnie pobudzające, że nie mogłem przestać. Moje palce przesuwały się po gryfie, a gitara wydawała dźwięki, które były dla mnie dziwnie nieznajome. Po chwili zanuciłem pod nosem tekst pewnej piosenki i dopiero wtedy stało się to dla mnie jasne.

Goodbye my almost lover
Goodbye my hopeless dream
I'm trying not to think about you
Can't you just let me be?

Tak bardzo, jak chciałem przestać, nie mogłem. Zwyczajnie nie mogłem. To było straszne. Przetwarzałem w głowie wszystkie obrazy tego, jak było nam dobrze, jacy byliśmy szczęśliwi odwracając się od świata i zamykając w swoim własnym. Po prostu ciesząc się sobą. Zapominając o stereotypach.
So long my luckless romance
My back is turned on you
Should've known you'd bring me heartache
Almost lovers always do...

Nie powstrzymywałem już uczuć, to wszystko za bardzo mnie przytłoczyło, zabiło wszystkie moje mury, które tak skrupulatnie budowałem przez wiele lat...
Płakałem, przyznaję. Wiecie, to taki głupi stereotyp, że faceci nie płaczą. Ale tak naprawdę płaczemy o wiele więcej niż dziewczyny. Tylko robimy to w ukryciu, wtedy, kiedy nikt nie widzi. Kiedy możemy dać upust emocjom bez ryzykowania swojej zakichanej męskiej dumy.
Zadzwonił mój telefon, jednak całkowicie go zignorowałem. Grałem dalej. Muzyka była moim kluczem na zewnątrz, moją ucieczką od tego wszystkiego. Struny boleśnie wbijały się w moje palce, nie obchodziło mnie to w najmniejszym stopniu. Byłem tylko ja i muzyka, w wielkiej bańce oddzielającej mnie od problemów, od świata, od niej.
I znowu moje cholerne myśli poleciały do niej, jakby były od niej jakoś głupio uzależnione. Wróć. To nie one były głupie. To ja byłem. Bo dałem się tak łatwo omotać, takiej jednej, małej, zwykłej osóbce, niepozornej, a jednak...
Westchnąłem ciężko, kiedy piosenka się skończyła.
- Goodbye my hopeless dream... - wyszeptałem i odłożyłem gitarę. Siedziałem w miejscu wpatrując się w ścianę. Nie myślałem o niczym. Nie czułem nic. Nie wiedziałem nic. Jedyną pewnością w moim życiu była ona, a ja pozwoliłem jej odejść. Nie pozwoliłem; ja tak naprawdę ją wypchnąłem. Z mojego życia, mojego świata. Ze mnie.
Popadłem w niesamowity szloch i rzuciłem się na łóżko, wtulając twarz w poduszkę. Leżałem i płakałem, tak w sumie bez celu, bo przecież nie myślałem.
Tymczasem mój telefon nie przestawał dzwonić, a ja nadal go ignorowałem, jednak po piętnastu minutach nieustających połączeń stwierdziłem, że to coś ważnego. Wydmuchałem nos i odchrząknąłem, po czym wcisnąłem zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Pan Calum Hood?
- Umm... Tak, o co chodzi?
- Musi pan pilnie przyjechać do szpitala Ravensdale. Jedna nasza pacjentka kazała pana zawiadomić.
- Zaraz. - poderwałem się z miejsca i zacząłem ciężko oddychać. - Pacjentka?
- Tak, proszę pana. Panna Veronica Darkstone, dokładniej. Odmówiła jakichkolwiek działań na swojej osobie, dopóki nie spotka się z panem. A muszę napomknąć, że miała wypadek, biegła przez ulicę i wpadła pod samochód, ma złamane dwa żebra i kilka mniejszych obić.
- O mój Boże - wyszeptałem. - Zaraz będę.
Rozłączyłem się i założyłem buty najszybciej, jak tylko się dało.
Goodbye my almost lover...
Gdybym tylko wiedział, jak bliska naszej sytuacji była ta piosenka, nawet bliższa, niż byłem tego świadomy... Przecież ona mogła umrzeć w tym wypadku! Wybiegłem z domu i po raz pierwszy od dłuższego czasu wsiadłem do mojego samochodu.
Odpalił od razu, więc z piskiem opon wyjechałem w stronę Ravensdale. Włączyłem radio, żeby rozładować swój stres i nie zrobić nic głupiego. Dopadły mnie słowa nazbyt teraz znajomej piosenki.
I never wanted to see you unhappy...
Szybko przełączyłem stację i wypuściłem oddech, który nieświadomie wstrzymywałem. Było już dość ciemno, słońce zaszło jakieś dziesięć minut temu.
Szpital pojawił się w polu mojego widzenia. Zaparkowałem niedokładnie i wybiegłem z samochodu, kierując się w stronę drzwi Ravensdale.
W środku przywitała mnie pielęgniarka, która od razu skierowała mnie na salę Veroniki. Wparowałem tam i wtedy ją zobaczyłem. Miała wiele zacięć na twarzy, najpoważniejsze biegło przez jej dolną wargę, jej włosy były posklejane krwią i potem, a wystający spod kołdry but okazał się całkowicie zniszczony. Podszedłem do niej cicho, a ona uchyliła oczy.
- Boże, Veronica... - wyszeptałem, kładąc dłoń na jej policzku i kucając przy niej.
- Calum. - próbowała się uśmiechnąć, ale zamiast tego jej twarz wykrzywił grymas bólu. - Przyszedłeś...
- Ćśś... Nic nie mów. Jestem. Pamiętasz? Obiecałem ci coś...
- ...Będę zawsze, kiedy będziesz mnie potrzebować - wychrypiała i skinęła niezauważalnie głową. Chwyciłem jej małą dłoń i schowałem ją w swojej. Pocierałem kciukiem jej knykcie uspokajając nie tyle ją, co samego siebie.
- Czy teraz dasz im się wyleczyć?
Ronnie skinęła ponownie.
- Księżniczki nie mogą mieć połamanych żeber, prawda? - znowu próbowała się uśmiechnąć.
Usiadłem na krześle obok niej, a chwilę później do sali wszedł lekarz.
- Czy możemy? - spytał Veronicę.
- Teraz tak, doktorze.
Spojrzałem na nią ostatni raz, posyłając jej Uśmiech Connie, a ona poruszyła ustami, nie wydając z siebie ani dźwięku.
Dziękuję, Calum.
Potem pielęgniarki wywiozły ją z pomieszczenia, a ja zostałem w nim sam z moimi myślami. Bańka została w domu, razem z gitarą, więc nie miało mnie co obronić.

------------
Oh, okej, to dla mnie za dużo, nie wiem, jak ja dojdę do szkoły z tymi wszystkimi uczuciami, omg, cidjsivjisdjvi :'c
No także ten, jest sobie przedpremierowo 2.4, jarajcie się, przypominam o konkursach i takie tam. Ta część mnie zabiła :C
Trzymajcie się, koniki, kocham was, może jeszcze dopiszę coś jak wrócę do domu aka o piętnastej.

+ dodam wam jeszcze tak na dobitkę zdjęcie Caluma w pewnej koszulce, hm hm hm :')

Obserwatorzy