czwartek, 24 lipca 2014

2.12

(((Część pisałam przy piosenkach:
- 5 Seconds Of Summer - Amnesia Studio Version
- 5 Seconds Of Summer - American Idiot
- The Vamps - Last Night,

ALEEEEEEE!

Jeśli ktoś sobie słucha tego, do czego piszę, w co wątpię, ale nieważne, to radzę lepiej posłuchać sobie:

- Fifth Harmony - Miss Movin' On
- Becky G - Shower)))



Dzień pięćdziesiąty dziewiąty; 29 grudnia

Kiedyś nie wiedziałem, co można robić w trakcie przejścia między świętami a sylwestrem. Teraz jednak, kiedy Ronnie była moją przyjaciółką, cały ten czas zamierzałem spędzać z nią. Moją przyjaciółką, nikim więcej.
Nadal byłem w trakcie kuracji.
Wiem, wiem. Mogę brzmieć całkowicie idiotycznie, ale nadal musiałem się z niej wyleczyć. Moi przyjaciele nie spędzali ze mną czasu, to fakt, zaprosili mnie jednak na sylwestra. Tym razem mieliśmy go spędzić u Ashtona, co oznaczało mniej alkoholu, ale więcej pijanych ludzi. Nigdy nie wiedziałem, jak to robił, ale mimo że zawsze załatwiał mniej procentów, imprezowicze wychodzili najbardziej pijani właśnie od niego.
Wracając jednak do dnia pięćdziesiątego dziewiątego.
Cały czas, czyli całe cztery dni, spędzałem albo u Veroniki, albo u mnie, ale z nią. Często dołączała do nas Trish, bardzo dobrze dogadywały się z Ronnie i miło było mi na to patrzeć. Dwudziestego dziewiątego grudnia postanowiłem zabrać ją do lunaparku, jako przyjaciółkę, oczywiście.
- Nie mogę - odpowiedziała stanowczo, kiedy zadałem jej pytanie.
- Dlaczego? - zdziwiłem się. - Wyjdziemy tylko jako przyjaciele.
- Muszę zajmować się twoim dzieckiem, ułomie - zachichotała, a ja chwilę siedziałem oniemiały. Po chwili jednak spojrzałem na małego kocurka na kolanach dziewczyny, którego właśnie karmiła z malutkiej buteleczki dla dziecka. Wybuchnąłem śmiechem, a ona spojrzała na mnie z politowaniem.
- No co? - spytałem oburzony. - Przecież załapałem.
- Masz zapłon godny mokrej zapałki - stwierdziła z grymasem.
- Tęsknię za miłą Ronnie - mruknąłem, a ona zmierzyła mnie wzrokiem jak idiotę.
- Nigdy nie byłam miła. Ja tylko stwarzałam pozory, rozumiesz.
- Powiedzmy - skinąłem.
To w sumie ma sens. Zawsze wydawało mi się, że nie jest do końca sobą, kiedy jest miła. Coś było nie tak, jakby nie pokazywała mi całej siebie.
- No Rooooooooonie - jęknąłem przeciągle, odnosząc się do propozycji wyjścia.
- Calum, posiadanie zwierzęcia wiąże się z ogromnym obowiązkiem - pokręciła głową.
- Pieprzyć obowiązki! Cholera, co może stać się głupiemu kotu przez kilka godzin?!
- Dzień dobry, Calum.
Do pokoju Veroniki weszła rozbawiona Kristine.
- Um... Dzień dobry - uśmiechnąłem się nerwowo. Ronnie ledwo powstrzymywała śmiech i zaczęła robić się od tego czerwona na twarzy. - No ulżyj sobie - mruknąłem do niej, a ona dosłownie zaczęła tarzać się po podłodze. Jej mama spojrzała na nią z politowaniem, po czym podniosła wzrok na mnie.
- Moja córka to idiotka - westchnęła teatralnie, a ja przez chwilę zobaczyłem podobieństwo między nią a Veronicą. - Zrobiłam kanapki, jeśli jesteście głodni. Są na dole na stole - uśmiechnęła się i wyszła.
- Rooooooonie - spróbowałem ponownie, a ona mruknęła poirytowana.
- Dobra, dobra. Pójdę. Jako przyjaciele, mówisz? - uniosła jedną brew, a ja położyłem rękę na piersi i skinąłem, niemo przysięgając. - W porządku.

***

Wesołe miasteczka zawsze wydawały mi się ogromne, kojarzyły z watą cukrową i widokiem przytulających się par, jednak tym razem jakoś dziwnie nie zwróciłem na to uwagi, bo całą koncentrowałem na niskiej niebieskookiej postaci, która z zaciekawieniem oglądała wszystko dookoła.
- Calum, Calum! - krzyczała. - Chodźmy tam! - wskazała na diabelski młyn, a ja spojrzałem na nią zaciekawiony.
- Na pewno? Nie będziesz się bała, Ronnie? - spytałem niepewny.
- Ja? Gdzie tam! Chociaż, jeśli się boisz... - celowo nie dokończyła zdania wiedząc, że to mnie przekona. Jest za dobra.
- Idziemy. - zadecydowałem stanowczo i zauważyłem, że uśmiecha się pod nosem.
Nie jestem przekonany, czy w końcu się bałem, czy nie. Czasu jednak nie cofnę. Ruszyliśmy w stronę kasy, przy której dałem panu nasze dwa kuponiki, na których nakleił po dwie naklejki, które oznaczały, że wykorzystaliśmy dwa z dwudziestu punktów.
Poczekaliśmy na najbliższą wolną kabinę, po czym Ronnie z moją pomocą wsiadła do środka, z pełną gracją oczywiście, a ja wpadłem tam tuż za nią.
- Znowu pełen czaru, Hood, nie wiem, jak ty to robisz - zachichotała, a ja spojrzałem na nią śmiertelnie poważnie.
- Zaraz wyrzucę się z tej kabiny i zobaczymy, czy będzie ci tak do śmiechu - zagroziłem, a ona rzuciła mi wzrok pełen politowania.
- Proszę cię, ty nie potrafiłbyś podnieść nawet Bucketa! - dramatycznie ścisnęła mój biceps, a ja przewróciłem oczami.
- Dopiero wyruszyliśmy, a ty już mnie irytujesz. Lepiej skup się na widokach.
Posłusznie wykonała moje polecenie i wychyliła głowę za barierkę. Kabiny nie były odgrodzone od zewnątrz żadną plastikową ścianką czy czym tam się odgradza takie kabiny, dlatego położyłem dłoń na jej barku, gotowy interweniować, gdyby zamierzała wypaść. Spojrzała na mnie ponad ramieniem i uśmiechnęła się, po czym wróciła wzrokiem do rozpościerającej się pod nami panoramy Sydney. To było piękne. Wszystkie auta wyglądały jak mrówki, ludzi już nawet nie było widać. Widok zapierający dech w piersi. Pod twoimi stopami miasto tętni życiem, a ty unosisz się w przestrzeni, oddalając się od tego wszystkiego powoli, powoli...
- Calum? - usłyszałem cichy głos Ronnie. Odwróciłem wzrok w jej stronę, ale ona natychmiast spuściła głowę i wypowiedziała szybko: - Już nic, już nic.
- Veronica - ująłem jej podbródek i uniosłem go, zmuszając ją, by na mnie spojrzała.
- Zastanawiałam się, czy patrząc w dół... - urwała i zerknęła na mnie niepewnie.
- Patrząc w dół co?
- ...Czy patrząc w dół, na ten pośpiech ruchu ulicznego, który mimo wszystko łączy się w harmonię, na to, co wydawałoby się niemożliwe, myślisz o nas?
Zaniemówiłem. Ona nadal rozpatrywała związek ze mną. Po tym wszystkim, co jej zrobiłem. Po tym, ile się ode mnie nasłuchała, ile razy ją zawiodłem, szczególnie w momentach, kiedy najbardziej mnie potrzebowała...
Ona mimo wszystko nadal chciała ze mną być.
- Ronnie, ja...
Poczułem szarpnięcie, po czym Veronica wpadła w moje ramiona. Co jest grane? Zmarszczyłem brwi.
Rozejrzałem się dookoła i zdałem sobie sprawę z tego, że w całym wesołym miasteczki nie ma prądu, a my utknęliśmy prawie na samej górze diabelskiego młynu. No pięknie.
- O, Boże - Veronica odetchnęła ciężko, nadal chowając się w moim uścisku. - To chyba nie był dobry pomysł.
Też tak sądzę, pomyślałem. Westchnąłem gardłowo, poirytowany całą sytuacją. Czy naprawdę obsługa nie potrafi dopilnować tak ważnej rzeczy?!
- Ej, Hood - wyszeptała Ronnie, odsuwając ode mnie myśli, w których rozważałem tysiąc sposobów na uśmiercenie pracowników lunaparku. - I tak lepiej, że jesteśmy tutaj.
- Huh?
- Pomyśl o ludziach, którzy właśnie byli na jakimś huśtającym młocie albo windzie do nieba - zachichotała, a ja parsknąłem śmiechem zastanawiając się, jak ona to robi, że nawet w najgorszej sytuacji potrafi wywołać u mnie uśmiech.









2.11


(((Część napisałam przy:
- Glee Christmas - All Songs)))

***Tak dla pewności - nagięłam troszkę australijski rok szkolny na potrzeby opowiadania, w ten sposób, że przypomina europejski. W innym wypadku, Calum, Ronnie i Tony właśnie zaczynaliby okres letnich wakacji szkolnych, tak jak! :)***

Napisałam kilka rzeczy w notatce, zajrzyjcie :)

Dzień pięćdziesiąty piąty; 25 grudnia

Święta to taki magiczny czas, w którym każda rodzina zbiera się w jednym miejscu, żeby obdarować się prezentami, zjeść coś, obdarować się prezentami, pośpiewać kolędy, obdarować się prezentami... Wspomniałem o prezentach?
W każdym razie - święta to ten czas, który spędza się z rodziną, prawda? Tak mi się wydaje. Cóż, w takim razie państwo Darkstone stali się moją rodziną.
Ale zacznijmy od początku.
Rankiem dnia pięćdziesiątego czwartego byłem w domu. Przygotowywałem go pod względem dekoracyjnym do Wigilii. Mama krzątała się po kuchni, starając się przygotować wszystko tak, żeby było idealnie. W salonie już unosił się zapach pieczonego indyka. Australijski krzaczek nie był jeszcze przystrojony, czekał już jednak na tarasie, a karton z kolorowymi ozdobami odnalazł swoje miejsce na fotelu przy kominku. Trish zajmowała się rozplątywaniem łańcucha, nucąc pod nosem Deck The Rooftop i uśmiechając się sama do siebie.
Nie wiedziałem, jak wyglądają święta u Ronnie. Nigdy jej o to nie pytałem. Była moją przyjaciółką (cóż, niedługo, ale jednak), a nigdy mnie to nie zastanawiało. Oczywiście, miałem już dla niej prezent, kupiłem go poprzedniego dnia, jednak na razie niech zostanie to tajemnicą.
Patricia skończyła bawić się z ozdobami na krzaczek, więc podeszła do mnie i wzięła ode mnie kilka Świętych Mikołajów i rozwiesiła ich w różnych miejscach na ścianach.
- Wiesz - zagadnęła. - W Stanach święta wyglądają zupełnie inaczej.
- Co? - zmarszczyłem brwi. - Jak to inaczej?
- Wiesz, teraz spakujemy wszystko do kosza piknikowego i przejdziemy na plażę, żeby pograć w siatkówkę, krykieta czy co tam jeszcze, potem obdarujemy się prezentami, zjemy indyka i Pavlovą, pośpiewamy kolędy przy świecach... U nich tego nie ma.
- To co robią zamiast tego? Co jeszcze można robić w Boże Narodzenie?
- Oni mają wtedy śnieg - zauważyła i wywróciła oczami. - Siedzą w domach przy kolacji i tylko jedzą, śpiewają. Głównie jedzą. To dlatego Amerykanie są tacy grubi.
Zachichotałem i pokręciłem głową.
- Dziękuję, że mogę być tu z wami - odezwała się cicho po krótkiej chwili.
- Jesteś naszą rodziną, znamy się od dziecka, pamiętasz? - rzuciłem do niej jakieś świąteczne koale i kangury do rozwieszenia na kominku.
Westchnęła i po prostu się do mnie uśmiechnęła.
W radio zaczęła lecieć piosenka, którą znali wszyscy - All I want for Christmas is you. Spojrzałem na nią znacząco, ale ona już tańczyła. Rozpocząłem pokaz swoich umiejętności.
- Aaaaaj don't łoooont e laat for krysmes, der ys dżuuuust łon fink aaaaj niiiiid...
Mama wychyliła głowę z kuchni.
- Caluś, dziecko, proszę, oszczędź mi tego.
Trish wybuchnęła śmiechem i wyglądała, jakby miała zacząć się dusić.
- Bardzo dobrze, pani Hood! - krzyknęła i klasnęła w dłonie. - Widzisz, Cal, nawet twoja mama z ciebie szydzi...
- Odwal się - burknąłem udając obrażenie i wyszedłem po australijski krzaczek. Postawiłem go w rogu salonu, a jako, że był niewielki, musiałem podłożyć pod niego nieduży stół.
- Jest śliczny - Trish zachlipała artystycznie.
- Wiem - uśmiechnąłem się. Chwyciłem karton z ozdobami i wyjąłem z niego jeden łańcuch. Owiązałem go wokół krzaczka. Patricia wyjęła jakieś bombki i zawiesiła je w kilku miejscach.
- Mamooo! - zawołałem. - Musisz powiesić coś na choince!
- Mam gdzieś w piwnicy bombkę, którą koniecznie chciałam powiesić, możesz spojrzeć na indyka, dopóki mnie nie będzie? - spytała, kiedy weszła do pokoju.
- Oczywiście - mrugnąłem do niej i udałem się do kuchni. Usłyszałem zaciekawiony głos Trish, która najwyraźniej postanowiła udać się po ozdobę razem z moją mamą.
- Proszę pani, dlaczego ta ozdoba jest dla pani tak ważna?
- To była ozdoba, którą co roku wieszaliśmy z ojcem Caluma, razem. Nie wyjmowałam jej od czasu jego śmierci, ale postanowiłam, że czas przestać żyć przeszłością - zrobiło mi się trochę smutno, kiedy to usłyszałem. Ich głosy zaczęły się powoli przyciszać, jakby wreszcie zaczęły schodzić po schodach. - Swoją drogą, to była naprawdę ładna bombka - zaśmiała się, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i napisałem do Ronnie.
*C: Moja mama piecze indyka, właśnie go pilnuję. Jak tam wasze przygotowania do Świąt? :)*
Odpowiedź w formie wiadomości nie nadeszła, jednak chwilę później odebrałem od niej telefon.
- Wiesz, nie jest tak źle... - zaczęła od razu, po czym usłyszałem huk po drugiej stronie słuchawki.
- Chyba jednak jest źle - parsknąłem i wiedziałem, że przewróciła oczami.
- Pewnie spalisz tego ind... Dzień dobry, mamo, wesołych świąt - rzuciła momentalnie zmieniając ton. Zaśmiałem się w duchu. Niemal zapomniałem o tym, jaka grzeczna była w oczach rodziców.
- Cześć, Ronnie, chcesz zapalić? Albo nie, może lepiej rzuć szkołę i zrobimy ci kolczyka w wardze! - udałem głos jej mamy i usłyszałem, jak parska śmiechem.
- Nie, mamo, po prostu jestem w trakcie rozmowy telefonicznej, przepraszam, to się nie powtórzy - powiedziała machinalnie, a ja zakaszlałem. Moment, zakaszlałem?
- Ronnie, słuchaj, oddzwonię później - rozłączyłem się i spojrzałem w kierunku szarego dymu wydobywającego się z piekarnika.
Zakląłem głośno i wziąłem kuchenne łapki. Wyjąłem zwęglonego indyka i postawiłem go na blacie. W tym momencie do kuchni weszła mama.
- O Boże - rzuciła i podeszła do spalonego ptaka w brytfannie.
- Jestem jeszcze gorszym kucharzem niż Veronica - westchnąłem rozdrażniony. Do kuchni wparowała Trish.
- Co do...? - spojrzała na mnie z wyrzutem. - Calum!
- Patricia! - moja mama rzuciła jej karcące spojrzenie.
- Mamo! - teraz obie odwróciły pytający wzrok w moją stronę. - No co? Myślałem, że teraz rzucamy w siebie nawzajem swoimi imionami jak najgorszymi przezwiskami.
- Mama to nie moje imię - oburzyła się moja mama.
- Nigdy nie powiem do ciebie po imieniu, mamo. To takie... Nie - pokręciłem głową.
- Może skupmy się na indyku? - rzuciła Trish, a ja spojrzałem na brytfannę z zażenowaniem.
- To wszystko wina Ronnie! - wypaliłem.
- W takim razie Ronnie jest nam winna świąteczną kolację.
- Już się robi - usłyszałem za plecami. Odwróciłem się. W progu stała Veronica Darkstone z trzema torbami na prezenty. - Stwierdziłam, że dam wam je już dzisiaj, ale najwyraźniej spędzimy święta razem. Co się sta... - zaczęła kaszleć, kiedy weszła do kuchni. - Okej, już chyba wiem.
- Calum to beznadziejny kucharz - mruknęła Trish, a Ronnie spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- Dobra, nie powiem im - podniosłem ręce do góry w obronnym geście, a ona pokazała mi uniesiony kciuk.
- Wiecie, mamy dużo jedzenia, jak zwykle moja mama przesadziła - wywróciła oczami. - Możecie zjeść z nami, będzie nam bardzo miło - uśmiechnęła się do mojej mamy. Zawsze była taka grzeczna w towarzystwie dorosłych.
- No nie wiem, nie chcemy się narzucać... - zaczęła mama, jednak przerwałem jej.
- Z chęcią z wami zjemy. Idziecie na plażę? - spytałem i podszedłem do kąta w kuchni, w którym ustawiłem wszystkie prezenty.
- Tak, oczywiście.
- Okej. Mamo, może weźmiemy prezenty i rozdamy je sobie tam?
Mama westchnęła.
- W porządku.

***

Kristine wyglądała dokładnie tak jak Veronica. Miały na sobie ciemnozielone sukienki na szerokich ramiączkach sięgające przed kolano, a Patrick i Tony założyli koszule pod kolor ich stroju. Wyglądali tak... uroczo. Cóż, moja mama ubrana była w czarne rurki, brązową koszulę i szpilki, a ja w granatową koszulę i szare jeansy. Patricia zaś miała na sobie jasnoróżową tunikę i czarne legginsy. Przyznaję, obserwowałem jej tyłek. Jestem straszny.
- Okej, nie mogę się doczekać, aż zjemy, więc chcę wam dać moje prezenty od razu - przemówiła Veronica, kiedy tylko usiedliśmy na kocu.
- Czekamy - uśmiechnął się Patrick. Miał takie same oczy jak Tony i Ronnie.
- Więc, zacznę od mamy - podała jej niewielkie pudełeczko z czerwoną kokardką na górze. Kristine rozpakowała opakowanie i wyjęła z niego złoty naszyjnik z małym serduszkiem. Podziękowała grzecznie i poprosiła męża, żeby zawiesił jej go na szyi.
Następnie obdarowała Anthony'ego, który dostał płytę swojego ulubionego zespołu. Przełknąłem ślinę przypominając sobie o moim prezencie dla Tony'ego, który również był płytą, na szczęście inną, bo naszą pierwszą autorską EP.* Później przyszła kolej na ojca Ronnie, któremu dała jakąś wodę kolońską o tak skomplikowanej nazwie, że nie mogłem jej zapamiętać. W następnej kolejności podeszła do mnie.
- Nie wiedziałam, co ci kupić - przyznała. - Ale wiedziałam, że to nie może być coś zwykłego. Dlatego kupiłam to.
Dała mi torebkę wielkości książki. Czy naprawdę dała mi książkę? Spojrzałem na nią zdezorientowany.
- Otwórz - ponagliła mnie z uśmiechem. Powoli rozsunąłem torbę.
- Nie wierzę - uśmiechnąłem się sam do siebie.
Moim oczom ukazała się idealnie złożona koszulka Wyjąłem ją. Była czarna, znowu. Identyczna, jak ta, którą dała mi kiedyś, wydaje się wieki temu. Różniła się jedynie tym, że na środku miała biały napis. Zacząłem się śmiać, patrząc na nią z niedowierzaniem.
- Co tam jest, Calum? - spytała ciekawska Trish. Odwróciłem się, przykładając koszulkę do piersi. Patrcia wybuchła śmiechem.
- Naprawdę, Ronnie? I'm not punk rock? - spojrzałem na nią z udawaną złością.
- Oh, przestań. Jesteś tak punk rockowy jak mały szczeniak, który próbował dostać się do miski z wodą i uroczo przewrócił się po drodze - rzuciła mi wzrok pełen politowania.
- Zgadzam się! - rzuciła mama, a ja zerknąłem na nią z ukosa.
- Nie pomagasz.
- Dobra, nieważne. Czas na resztę prezentów - powiedziała Veronica, a Trish i mama spojrzały na nią zdezorientowane.
- Resztę? - spytały jednocześnie.
- Dla was też coś mam - uśmiechnęła się promiennie.
Mojej mamie podarowała skromną bransoletkę z zawieszką z kotwicą, a Trish książkę, której tytułu nie mogłem dojrzeć. Podziękowały grzecznie.
- Może teraz ja? - zasugerowałem. Kiedy nikt nie protestował, sięgnąłem po ogromne pudło i wręczyłem je Ronnie. Wydało mi się dziwnie lekkie, ale zignorowałem to.
Veronica uniosła pokrywkę i potrząsnęła pudłem do góry dnem.
- Calum, tu nic nie ma. Czy to pudło było prezentem? - spytała śmiertelnie poważnie.
- Cholera - otworzyłem szeroko oczy. - Kici kici...? - zacząłem wołać i chodzić po plaży. Ronnie otworzyła usta ze zdziwienia.
- Kupiłeś mi kota? - spytała zaskoczona.
- Kupiłeś jej kota?! - zawtórowała jej moja mama.
- Tak, kupiłem ci-ukośnik-jej kota. - westchnąłem poirytowany. - Ale chyba uciekł.
- Hej, Calum - zagadnął Tony, który otworzył właśnie kosz piknikowy. Chyba go znalazłem.
Zerknąłem do środka. Przy talerzu z kawałkami indyka siedział zadowolony mały kotek i podgryzał delikatnie mięso. Zaśmiałem się i wyciągnąłem szkodnika z kosza.
- W sumie już wiem jak go nazwę - zagadnęła Veronica, kiedy jej go przekazywałem. Spojrzałem na nią z uniesioną brwią. - Basket - uśmiechnęła się.
Usiedliśmy na kocu i kontynuowaliśmy rozdawanie prezentów. Ronnie ledwo patrzała na to, co się dzieje; była zbyt zajęta zabawą z kotkiem.
- To w sumie nasze dziecko - wyszeptałem tak, żeby tylko ona mogła to usłyszeć.
Otworzyła szeroko oczy.
- Calum! - uderzyła mnie pięścią w ramię, na co jej mama zganiła ją wzrokiem. Ja zaś tylko zachichotałem i poczochrałem małe zwierzę po główce.




*W Studniowej Somewhere New ukazało się już w 2010 roku :)

------------
Okej, jestem chora psychicznie, słuchałam świątecznych piosenek z Glee w środku czerwca, nie no, spoczko.
Przepraszam, że tak późno, ale część jest naprawdę długa no i takie tam.
Nie będę się w sumie tłumaczyć, cieszcie się lepiej 2.11 :D

ODNAWIAM AKCJĘ ZE WSPOMNIENIAMI! Kiedyś było coś takiego, że w hashtagu #miesiącstudniowej można było pisać swoje ulubione momenty w Studniowej. Chcę zrobić coś takiego znowu! :D Tym razem odbędzie się to wszystko na hashtagu #Studniowa, tym klasycznym, hahah :D

Jeszcze tylko napomknę, że zgłoszono mnie do konkursu na spisie opowieści (spis-opowiesci.blogspot.com) na blog spisu opowieści! :) Chciałabym was prosić, żebyście głosowali na naszą Studniową, kiedy już wyjdzie ankieta :') Bo jeszcze jej nie ma. Oczywiście kiedy takowa się pojawi, od razu poinformuję o tym w hashtagu, na moim tt i oczywiście tutaj ;)

Kocham was mocno i dobranoc! xx

2.10

(((Piosenki do części:
- 5 Seconds Of Summer - Wrapped Around Your Finger
- The Vamps - Another World)))

CZYTASZ = KOMENTUJESZ, TEN JEDEN RAZ, PLISKA

Dzień pięćdziesiąty; 20 grudnia

Ostatni dzień w szkole przed feriami świątecznymi, a ja nadal nie przeprosiłem Veroniki. Za każdym razem zgrabnie wymijałem ją na korytarzu albo odwracałem wzrok, kiedy przypadkiem nasze spojrzenia się spotkały. I w sumie dawałem radę, nie cierpiałem aż tak. Jednak tego dnia uczucie tęsknoty uderzyło we mnie jak ogromna lawina w górach.
Nie zdołałem się podnieść.
Powoli rozpadałem się z tej tęsknoty, wtedy jeszcze ledwo to zauważając. Teraz jestem tego pewien - nie potrafiłem bez niej istnieć. Moje życie było tylko jednym z wielu przeciętnych istnień.
Kochać to tęsknić.
Umarłem z tęsknoty.
Umarłem z miłości do cholernej Veroniki Darkstone.
Jestem idiotą. Jak mogłem pozwolić jej odejść? Czy naprawdę te namiastki przyjaciół miały mi ją zastąpić? Dlaczego, powiedzcie mi, dlaczego musi być akurat tak? Czemu ta miłość nie może być zwykłą, prostą, nieskomplikowaną miłością?
Dnia pięćdziesiątego byłem w połowie kuracji. Wspomniałem wtedy słowa z książki Luke'a i już wiedziałem. 
Albo będziesz słaby i zaplączesz się jeszcze bardziej...
Byłem słaby. Nie potrafiłem bez niej żyć. Była wszystkim, czego potrzebowałem. I dałem jej odejść.
- No nieźle, Hood. - odezwała się Trish, która pewnie chwilę temu pojawiła się w drzwiach.
- Hm? - spytałem nieobecnym mruknięciem.
- Myślałeś na głos.
- Oh - spuściłem głowę. - Nie miałem pojęcia.
- Zauważyłam - uśmiechnęła się słabo. W jej oczach zobaczyłem ból, tęsknotę. Czy ona też kogoś kochała?
- Nie mogę pozwolić jej odejść do końca, dopóki jeszcze trzymam ją za mały palec... Dopóki jeszcze mam choć kawałek tego, co było kiedyś... - pokręciłem głową i zamrugałem kilka razy czując wzbierające pod powiekami łzy.
- Więc nie pozwól, Hood. Pokaż jej, na co cię stać - podeszła do mnie i objęła mnie ramionami. Desperacko odwzajemniłem uścisk, byłem jej niesamowicie wdzięczny. Zawsze wiedziała, co powiedzieć.
- Dziękuję, nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - wyszeptałem i poczułem, że skinęła głową. - Czas wziąć się w garść i walczyć o to, co moje.
- Jestem z ciebie dumna, młody - zmierzwiła moje włosy, a ja skrzywiłem się. Wstałem i otrzepałem spodnie.
- Życz mi powodzenia - westchnąłem.
- Czekaj. Zamierzasz iść teraz do niej? Jest... - spojrzała na zegarek. - ...za piętnaście północ!
- Nigdy nie jest za późno na naprawianie błędów - odpowiedziałem i wybiegłem z pokoju.
Założyłem buty i już miałem wyjść z domu, kiedy przypomniałem sobie o asie w moim rękawie, który cały czas leżał pod moim biurkiem. Cofnąłem się po zwiniętą kartkę. Trish już tam nie było. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem w stronę wyjścia. Kiedy świeże powietrze uderzyło mnie w twarz, przyspieszyłem kroku. Veronica mieszkała stosunkowo niedaleko ode mnie, jednak tym razem droga dłużyła mi się w nieskończoność.
Głośno przełknąłem ślinę, kiedy znalazłem się pod jej oknem. Przemyślałem to już wcześniej. Nie mogłem tak po prostu zapukać do jej drzwi w środku nocy. Zebrałem kilka kamyków spod jej domu i zacząłem rzucać nimi w jej okno. Po szóstym trafieniu chciałem się poddać, jednak kiedy tylko się odwróciłem, usłyszałem głośny szept.
- Calum? Co ty tutaj robisz?! - spytała, jednak kiedy na nią spojrzałem, zaniemówiłem. Był zaspana, włosy miała związane w niedbałego koka (a może po prostu poczochranego kitka?), poza tym mogłem zobaczyć troszkę jej satynowej koszuli nocnej.
Przeprosiny, przeprosiny, Calum, jesteś tu, żeby...
- Wyglądasz nieziemsko - wypaliłem i zaraz zakryłem sobie usta dłonią. Momentalnie pokryłem się rumieńcem i gdyby nie fakt, że stałem tyłem do światła, na pewno by mnie wyśmiała. Teraz jednak tylko przewróciła oczami, widocznie poirytowana.
- Czego chcesz? - syknęła. Auć.
- Ja? Ja nie chcę niczego. Ale pewien idiota, który zwyzywał cię na stołówce chciałby cię przeprosić - spuściłem głowę. Zapadła cisza.
- Calum... - odezwała się cicho.
- Wiem, że ciężko będzie ci mi wybaczyć, jednak skakałbym z radości, gdybyś jednak to zrobiła.
- Zraniłeś mnie już zbyt wiele razy. Idź, zanim będziesz miał kłopoty z moimi rodzicami - chciała zamknąć okno, jednak zawołałem:
- Pozwól mi wejść, wszystko ci wyjaśnię!
- Shhh - uciszyła mnie, a ja podniosłem ręce w obronnym geście.
- Proszę, chociaż mnie wysłuchaj...
- Nie mam ci nic więcej do powiedzenia - ucięła.
- Ale ja mam, dużo. Proszę, daj mi szansę to wyjaśnić. - spróbowałem jeszcze raz.
Veronica westchnęła zirytowana.
- Dobra. Ale tylko na chwilę. I następnym razem wybierz inną porę na przeprosiny.
Wdrapałem się na pierwsze piętro domu Ronnie po metalowej rurze, a ona śmiała się cicho za każdym razem, kiedy się potknąłem, choć próbowała to ukryć. Kiedy dotarłem do jej okna, wśliznąłem się przez nie do środka.
- To było niezłe, Hood - zadrwił, zaplatając ręce na piersi, a ja spojrzałem na nią zdziwiony.
- Jaka pani niegrzeczna, panno Darkstone - zacmokałem z udawaną dezaprobatą.
- Grzeczne dziewczynki to tylko złe dziewczynki, które nie były złapane - wzruszyła ramionami, a ja uśmiechnąłem się mimo woli.
- Dobra, tłumacz się, bo jakby nie patrzeć, jest środek nocy.
- No tak. W sumie, nie mam żadnego dobrego wytłumaczenia na nazwanie cię, cóż, sama wiesz, jak. Może to dlatego, że wciągnęłaś w to moją matkę. Mimo to, nie powinienem tego mówić. Przepraszam.
- Przepraszam, że wtrąciłam wtedy twoją mamę - powiedziała cicho.
- Przestań. Nie możesz mnie przepraszać, to nie na miejscu. To tak, jakbyś została napadnięta i przepraszała złodzieja, że miałaś ze sobą torebkę - pokręciłem głową. - Przepraszam, że nie pozwoliłem ci usiąść przy naszym stoliku. Przepraszam, że powiedziałem te wszystkie rzeczy, na które nie zasłużyłaś. Przepraszam, że chciałem wyrzucić piosenkę, którą dla ciebie napisałem. I przede wszystkim - przepraszam cię, że nie pozwoliłem moim uczuciom kwitnąć, tylko trzymałem je zamknięte.
- I tak nigdy nie moglibyśmy być razem... - wyszeptała, a ja podszedłem bliżej niej i ująłem jej twarz w dłonie.
- Kocham cię, Veronica.
Moje serce zabiło szybciej. Naprawdę to powiedziałem. Otwarcie wyznałem to, co do niej czułem. Po raz pierwszy. Otworzyłem dla niej swoje serce.
Wpatrywałem się w jej niesamowite oczy, szukając w nich odpowiedzi. Ona zaś tylko wyszeptała:
- Pocałuj mnie, Calum.
I zrobiłem to, taka był moja powinność. Było mi przeznaczone całować tylko Veronicę. Kochać tylko Veronicę. Trzymać tylko Veronicę. I być tylko z Veronicą. Tym razem było zupełnie inaczej, niż zawsze. Każdy mój pocałunek mówił to, czego nie potrafiłem ująć w słowa. Nie spieszyliśmy się, czas zniknął, byliśmy tylko my. Miłość zabija, jednak potrafi być naprawdę piękna. Odsunęliśmy się od siebie po długiej chwili. Nadal opieraliśmy o siebie swoje czoła, wpatrując się sobie w oczy.
- Owinęłaś mnie sobie wokół palca, Darkstone. I co ja mam z tobą...
- Ja też cię kocham, Hood. - przerwała mi i przymknęła oczy. - Ale nie chcę należeć do twojego świata. Nie teraz, nie jestem na to gotowa... - wyszeptała, a po jej policzku spłynęła łza. Wytarłem ją szybko.
- Nie płacz, tylko nie to. Proszę - przyciągnąłem ją do siebie w czułym uścisku i wyszeptałem jej do ucha: - Może kiedyś, kiedy mój świat stanie się twoim światem. Bo teraz mój świat to ty. Jesteś moim światem.
Usłyszałem jej szlochanie, więc przyciągnąłem ją do siebie mocniej.
- Nie mogę żyć bez ciebie, Calum, co ty ze mną zrobiłeś? - jęknęła cicho.
- Nie wiem, ale musiałaś zrobić dokładnie to samo.
- Może zostaniemy chociaż przyjaciółmi? - odsunęła się ode mnie i spojrzał mi w oczy.
- Przyjaciele? - wyciągnąłem do niej rękę, a ona ją uścisnęła.
- Przyjaciele.
- Nie zapomnij, że nadal cię kocham - przypomniałem jej i wyjąłem z kieszeni moich spodni pogniecioną kartkę i jej ją wręczyłem. Wzięła ją od razu.
- Ja też. Pamiętaj.
----------

OKEJ, TE CONNIE MOMENTS MNIE ZABIŁY, JA PIERDZIELĘ

no a tak poza tym, Studniowa ma dzisiaj 2 miesiące! Omg, kiedy to zleciało? <3

Ok, nadal nie mogę się ogarnąć, Bożeeee, dbsauhvndsugh

To by było na tyle, jeśli chodzi o kreatywną notatkę, hahahah XD

UŻYWAJCIE HASHTAGÓW! :) Przypominam:
- #Studniowa - do przemyśleń z waszej strony i spoilerów z mojej
- #ConnieQuestions - do pytań o ff, czyli teoretycznie do próśb o konkretne spoilery, hahahahah :D

Kocham was mocno! x



*a u mnie teraz party hard, bo 2 miesiące Studniowej <3*

2.9

(((Część pisałam przy piosenkach:
- 5SOS - Wrapped Around Your Finger
- Tove Lo - Habits)))

STARTUJE DWUMIESIĘCZNY HASHTAG #ConnieQuestions, WIĘCEJ O NIM W NOTATCE, if anybody cares

Dzień czterdziesty trzeci; 13 grudnia

Miłość. Jedno, krótkie słowo, które znaczy tak wiele. Wyraz kryjący za sobą taką potęgę jak miłość powinien od razu krzyczeć: ,,Hej, znaczę coś okropnie ważnego!", nieprawdaż? Tak jak hipopotomonstroseskwipedaliofobia, która wygląda na niezwykle mądre słowo, a znaczy tyle, co strach przed długimi wyrazami.
Miłość, tak skromny wyraz, a znaczy tak wiele. Miłość może cię zabić, ale możesz również zabić kogoś z miłości. Miłość może uratować ci życie, ale też możesz uratować swą miłością czyjeś życie. Bo miłość to nie tylko brać. To oddawać całego siebie kochanej osobie, w każdym najmniejszym calu stawać się czymś w rodzaju jej własności. Kochać to być. Kochać to nie rozumieć, ale i tak być, uparcie trwać przy drugim człowieku i mimo odrzucenia nie poddawać się, próbować ponownie. Miłość to poświęcenia. To nowe wyzwania, które podejmujemy, by być szczęśliwymi. I móc dzielić się tą radością z ukochaną osobą.
Tak powinna wyglądać miłość.
A jak wygląda naprawdę? Jest jak taka zagadka na palce, gdzie im bardziej próbujesz się wyrwać, tym bardziej utykasz. Kiedy nie możesz się cieszyć ciepłem kochanka, jego dłonią w twojej dłoni. Bo miłość to tak naprawdę klatka, w którą zamyka cię obiekt twych uczuć i na twoich oczach bawi się złotym kluczykiem, drażniąc cię.
Miłość nie potrafi uratować życia. To dzieje się tylko w bajkach. I mimo że ludzie nazywają siebie nawzajem 'księżniczką' czy 'księciem', ma się to nijak do bajki. Miłość potrafi tylko zabijać. Z miłości się umiera. Twoje serce ma dwie drogi - być z miłością, ale później ją stracić, tak czy inaczej, albo nie być z nią i cierpieć od początku.
Tak czy siak umrzesz z miłości. Więc po co w ogóle kochamy?
Dla takiej jednej chwili, kiedy czujesz się kochany. A może raczej: żeby pozwolić komuś czuć się kochanym. To uczucie nie zabija. To uczucie faktycznie ratuje życia. Bycie kochanym.
Bo kochając oddajesz swoje istnienie osobie, którą kochasz.
A będąc kochanym, otrzymujesz czyjeś istnienie.
Proste, prawda?

***

Wracałem wtedy od Michaela, pamiętam to jak dziś. Była noc, ciemna, bez gwiazd. Jedynym źródłem światła był księżyc, świecący jedynie ledwo widocznym paseczkiem na granatowym niebie. Wszystkie latarnie były wyłączone; najwyraźniej miała miejsce jakaś awaria prądu czy coś w tym rodzaju.
Szedłem uliczką, kiedy ktoś uderzył mnie w głowę. Zatoczyłem się, jednak utrzymywałem równowagę, dopóki nie oberwałem po raz drugi. Moje nogi odmówiły posłuszeństwa, mimo to pozostawałem przytomny, kiedy mężczyzna ubrany na czarno przerzucał mnie sobie przez ramię i niósł mnie do jakiegoś nieznanego miejsca.
Szliśmy około pięciu minut, podczas których mój jakże lubiany kolega przeklinał za każdym razem, kiedy potknął się o byle jaki kamień, a miało to miejsce tyle razy, że cisza między nami trwała średnio siedem sekund.
Kiedy rzucił mnie na podłogę, byliśmy w jakimś opuszczonym budynku, stawiam na fabrykę. Wyszedł, zatrzaskując za sobą masywne drzwi.
Leżałem tak chwilę, nie zdając sobie sprawy z tego, co wydarzyło się przed sekundą. Moja głowa pulsowała w miejscu, w które zostałem dwukrotnie uderzony.
Po, cóż, dość długiej chwili usłyszałem ciche szlochanie. Przestraszyłem się początkowo, jednak szybko zdałem sobie sprawę z tego, że gdyby ten ktoś naprawdę mógł mi zaszkodzić, to na pewno nie szlochałby teraz w jakiejś ciemnej fabryce. Zebrałem w sobie resztkę sił i zawołałem:
- Halo? Kto tam?
Płacz ucichł na moment, po czym usłyszałem stukot butów o betonowe podłoże. Sekundy później poczułem chude ręce oplatające mnie w brzuchu. Niepewnie odwzajemniłem uścisk, starając się przypomnieć sobie, skąd znałem te ramiona.
- O mój Boże - wyszeptałem, kiedy tylko zdałem sobie sprawę z tego, kto był uwięziony razem ze mną. - Anthony?
- Calum, musimy stąd uciekać - wyszeptał. - Widziałem wyjście, tam, po drugiej stronie...
- Czego oni od nas chcą? - spytałem i poczułem, jak przez moje ciało przebiega dreszcz.
- Veroniki - odparł krótko, a ja zesztywniałem. Siedziałem tak chwilkę, trzymając w ramionach Tony'ego, tak delikatnie, jakby był małym motylkiem, który uściśnięty zbyt mocno, mógłby się połamać.
- Masz rację. - powiedziałem w końcu. - Gdzie widziałeś to wyjście?
- Po drugiej stronie, przy zakratowanym, pomalowanym czarną farbą oknie (tak, sprawdziłem to) leżą narzędzia. Nie jestem pewien, jakie, mogłem sprawdzić to tylko dotykiem, ale na pewno widziałem młotek. Kraty mają szerokość moich bioder, więc się tam przecisnę. Wtedy otworzę główne drzwi, bo wiesz, otwierają się od zewnątrz normalnie, a od środka kodem, którego nie znamy, jak się domyślasz.
- Jak długo tu siedzisz? - zmarszczyłem brwi, zdając sobie sprawę z tego, że nie widziałem go od dłuższego czasu.
- Nie mam pojęcia, nie widzę dnia i nocy, więc nie potrafię ci powiedzieć. Pewnie czasami idę spać o trzeciej po południu, a wstaję o pierwszej w nocy, kto wie. Ale dość długo, by móc zauważyć kilka rzeczy. Na przykład to, że jeśli przyszedł zacieniony mężczyzna, to za osiemnaście kapnięć odwiedzi nas ponownie. Mamy jeszcze około piętnastu kapnięć, więc sądzę, że rozsądniejszym byłoby poczekanie do następnej wizyty i rozpoczęcie planu bezpośrednio po jej zakończeniu - mówił szybko, tak jakby nauczył się tego wszystkiego szybciej na pamięć, a teraz po prostu to recytował.
- W porządku. - skinąłem, mimo że nie mógł zobaczyć tego w panującej dookoła ciemności.

***

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Kiedy tylko mężczyzna nas opuścił, ruszyliśmy w stronę narzędzi i rozbiliśmy młotkiem okno. Potem pomogłem Anthony'emu przejść przez kraty. Udało się, prawie od razu. Nie wierzyliśmy, że szło tak dobrze.
- Liczyłeś kapnięcia? - spytał, kiedy stał już na trawie na zewnątrz.
- Tak. Masz jeszcze dziewięć. Powodzenia. Wierzę w ciebie - chwyciłem jego rękę przez kratę i ścisnąłem ją krótko.
I wtedy naprawdę się przeraziłem. Klamka z drugiej strony zaczęła się poruszać, aż w końcu drzwi się otworzyły, a w nich stanęła jakaś postać. Zamarłem.
- O Boże - usłyszałem Tony'ego. Mrugałem szybko, starając się rozpoznać osobę w progu. Na próżno. Wystarczyło jednak, żeby ta się odezwała i wszystko stało się jasne.
- Macie siedem minut - zakomunikował Luke, a ja podbiegłem w stronę drzwi. Minąłem Hemmingsa, a on posłał mi krótkie spojrzenie, jednak szybko odwrócił wzrok.
- Macie naprawdę mało czasu, ruszaj - powiedział i przełknął głośno ślinę.
- Dziękuję, Lucas - wyszeptałem i pobiegłem prosto przed siebie, nie patrząc na to, gdzie zmierzam.
I nawet w takiej sytuacji, w trakcie ucieczki z opuszczonej fabryki, myślałem o niej.
Widzicie? Gdyby mnie złapano, byłbym martwy. Przez miłość. Miłość by mnie zabiła.
Ale mnie nie złapano.
A kroki zaniosły mnie pod jej dom. Znowu.
Zawróciłem i starając się nie wzbudzać podejrzeń, zmieniłem tempo do marszu. Gdy tylko minąłem moją bramę, odetchnąłem z ogromną ulgą. Momentalnie jednak wybrałem numer do Veroniki.
- Halo? Calum? - zdziwiła się.
- Czy Anthony jest w domu? - spytałem szybko.
- Nie, wyjechał z klasą na ob... Zaraz, właśnie przyszedł. Co się stało? - zabrzmiała na przerażoną.
- Powiedz mu, żeby wszystko ci opowiedział, ale wybrał fragmenty, które chce pominąć. I przekaż, że ja kazałem - zignorowałem jej pytania i rozłączyłem się.
Wszedłem do domu i rzuciłem się na kanapę. Moja mama pojawiła się w pokoju z kubkiem herbaty i podała mi go.
- Co się stało? - spytała cicho, czując, że działo się coś złego. Postanowiłem opowiedzieć jej wszystko, co do szczegółu. Ufałem jej, powinna wiedzieć.
Kiedy skończyłem, patrzała na mnie przerażona i wzięła mnie w ramiona.
- Najgorsze jest to - pociągnąłem nosem. - że nawet nie wiem, co mam teraz robić. Żyć normalnie i udawać, że to się nie stało? Nie chcę wzbudzać ich podejrzeń...
- Po prostu musisz o tym zapomnieć, Calum. Żyj swoim życiem, tego wieczora nie było - westchnęła. - Ale kiedyś go znajdziemy, kimkolwiek był i cokolwiek od ciebie chciał.

***

Dzień czterdziesty czwarty; 14 grudnia

Oblał mnie zimny pot, kiedy obudziłem się w nocy, znowu z powodu tego samego koszmaru. To już trzeci raz tej nocy, więc postanowiłem już nie zasypiać. Przetarłem twarz dłońmi i spojrzałem na zegarek stojący przy łóżku. Była szósta dwanaście, więc stwierdziłem, że zacznę przygotowywać się do szkoły.
Kiedy wszedłem do łazienki, od razu ściągnąłem koszulkę w zamiarze wzięcia porannego prysznica, ale kiedy spojrzałem w lustro, zauważyłem ogromnego siniaka na żebrach. Obejrzałem również tył głowy, sprawnie operując dwoma lustrami, na którym zauważyłem tylko nieduże rozcięcie.
Przygotowania do wyjścia zajęły mi zdecydowanie więcej czasu niż zwykle, więc wyszedłem o normalnej porze.
W czasie lunchu usiadłem przy moim stoliku, tym razem z Lukiem, chcąc porozmawiać z nim i dowiedzieć się czegoś o ,,mężczyźnie w czerni". Kiedy tylko chciałem zadać pytanie, dosiadła się do nas Ronnie, bezceremonialnie wyciągając swoje pudełko na lunch.
- Ej, nie poczułaś się za bardzo? - spytałem dosyć niegrzecznie. Veronica odrzuciła na stół serwetkę, którą właśnie wycierała jabłko i spojrzała na mnie z poirytowaniem.
- Dobra, mam dość. Naprawdę szukasz każdego możliwego pretekstu, żeby tylko mnie zjechać? - warknęła na mnie. Poczułem, jak krew w moich żyłach zaczyna pulsować coraz szybciej i szybciej. Dzisiaj zdecydowanie nie był dobry dzień, żeby mnie denerwować.
- Może i tak, ale to jedyny sposób, żeby uświadomić ci pewne kwestie - przewróciłem oczami, starając się za wszelką cenę nie wybuchnąć jej prosto w twarz.
- Jakie kwestie?! - oburzyła się i poderwała z krzesła.
- Może takie, że nigdy nie będziemy razem?! - krzyknąłem i również wstałem.
Ludzie zaczęli się nami interesować, okrążyli nas jak małpy w zoo, jakbyśmy byli jakąś cholerną stołówkową rozrywką.
- O, nie, nie, panie Hood. Ja nawet się nie łudziłam, że będziemy razem - uderzała palcem w moją pierś z każdym wypowiadanym słowem. - Pan nie ma serca, żeby kochać. Pan nie ma umysłu, żeby podtrzymać związek. I przede wszystkim - nie ma pan mnie, tak jak się panu niesłusznie wydaje.
- Oh, nie mówiłaś tego samego, kiedy wczoraj ratowałem twojego brata - syknąłem.
- Ty dupku! - warknęła i popchnęła mnie do tyłu.
- Co więcej...
- Ani mi się waż, kretynie!
- ...Powiem, że moje życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdybyś do niego nie wtargnęła, ot tak! - dramatycznie pstryknąłem palcami.
- Ja? To ja wtargnęłam do twojego życia?! Jesteś po prostu chamem, który nie zasługuje na żaden centymetr, nawet milimetr tego, co do niego czuję! Nie powinieneś się w ogóle urodzić! Dlaczego musiałam zakochać się akurat w tobie?! - wrzasnęła i nie mogła już powstrzymać łez. Patrzała na mnie bezradnie, a po niedługiej chwili wyrosła za nią jakaś dziewczyna. Położyła dłoń na jej ramieniu w przyjacielskim geście, ale ona ją zignorowała.
- I co? Nie masz mi nic do powiedzenia? Matka powinna cię lepiej wychować - fuknęła.
- Wynoś się, suko, nie chcę cię więcej widzieć - wyszeptałem, tak żeby tylko ona mogła to usłyszeć. Otworzyła szeroko oczy, a jej twarz przekrzywił grymas bólu. - Nie mieszaj między nas mojej mamy nigdy więcej.
I odszedłem, zostawiając ją tam samą w rozpaczy. Dla pewności: teraz, kiedy to spisuję, biję się w twarz za to, co wtedy zrobiłem.
Nadal nie wierzę, że nazwałem ją suką. Nie wiem, jak mogłem to zrobić. Zawsze była aniołem, który próbował przytrzymać mnie w powietrzu, kiedy upadałem. A ja ją zbezcześciłem.
Tak jakby?
Cholera, ona była kochana. I mimo wszystko była zabijana. Więc co teraz? Czy miłość naprawdę zabija w obie strony?
Nie ważne, czy kochasz, czy jesteś kochany - i tak umrzesz z miłości?

-----------
Okej, dobra, przyznaję się, ta część jest ultra do dupy, nienawidzę jej tak, jak nienawidzę siebie za to, że ją zepsułam. Na początku to miała być słodka część, w której Connie postanawia zostać przyjaciółmi, potem przypadkiem napisałam tą kłótnię, a potem jeszcze to porwanie i omg, Boże, jak ja nienawidzę tej części, ifndsignsdjnbs :c

Chociaż lubię te przemyślenia, one są spoko.

Przepraszam, że teraz dbam o bloga tak mało i w ogóle, ale mam tyle zajęć, aż nie uwierzycie. Wczoraj na przykład tańczyłam taniec belgijski z harcerzem z zhp na zuchach z zhr, nic XD No a jutro jadę do zoo, gdzie będę szaloną dziennikarką, także wiecie, zuchy lecą u mnie pełną parą i mam wrażenie, że to moje powołanie, więc nie mogę rzucić tego dla pisania... :(

No i tak, dziękuję za 4000 wyświetleń (teraz już w sumie 4300), jesteście boscy <3

A, właśnie. Za te przemyślenia o miłości dziękujcie @alicee_ok i jej epilogowi, nie mogłam się uspokoić dzisiaj, dlatego też część macie tak późno.

Jeszcze co nieco o hashtagu - za dwa dni Studniowa kończy całe 2 miesiące, toteż, klasycznie, ałtoreczka wymyśliła hasztadżek, tym razem będzie on działał aż do końca czerwca (szaleję). Zadawać tam możecie pytania na temat Studniowej: obu rozdziałów, które już są, ale również tego, co nadchodzi. UPRZEDZAM, ŻE NA PYTANIA 'czy ktoś umrze' I 'czy Connie będzie razem' NIE ODPOWIADAM. ALE WSZYSTKIE INNE TAK, HAHAHAH XD Hashtag nazywa się #ConnieQuestions, a w dodatku najaktywniejsi pytacze otrzymają możliwość wyboru epilogu, kiedy takowy będzie miał się pojawić, jee! <3

Zapraszam też na moje tłumaczenie wtngd i proszę o tweetowanie linka z jakąś zachętą po angielsku, to naprawdę dużo dla mnie znaczy! x http://www.wattpad.com/story/16584383-when-the-night-gets-dark-luke-hemmings

No to w sumie tyle, hahahah, to się rozpisałam, agaaaaaaaain :D

Kocham was mocno, mam nadzieję, że następną częścią was nie rozczaruję xx

2.8

(((Część napisana przy:
- The Vamps - Shout About It
- The Vamps - On The Floor
- The Vamps - Girls On Tv)))
WAŻNE INFO W NOTATCE, PRZECZYTAJCIE JĄ, PROSZĘ
PRZEPRASZAM WSZYSTKICH, KTÓRZY MAJĄ MI ZA ZŁE NIEDODAWANIE CZĘŚCI PRZEZ TYDZIEŃ, ALE JA TEŻ MAM SWOJE ŻYCIE :)))))))
*i tych, którzy obrażą się na mnie po tej części również :')*
Dzień trzydziesty drugi; 2 grudnia
Był dzień. Słońce wstało już dawno, a ja dopiero się obudziłem. Nie miałem pojęcia, co się działo, ale zszedłem na dół do kuchni. W drodze dobiegł mnie zapach smażonych naleśników, więc momentalnie pomyślałem o Veronice. Uśmiechnąłem się pod nosem i przyspieszyłem kroku. Nie pomyliłem się, Ronnie stała, oparta o kuchenny blat, i czytała poranną gazetę, raz po raz zerkając na patelnię, żeby kontrolować, czy
przypadkiem nic się nie przypala. Kiedy mnie zobaczyła, jej twarz się
rozpromieniła, a ja poczułem, że znowu mogłem oddychać.
Podszedłem do niej i przytuliłem ją, wkładając głowę w zagłębienie jej
obojczyka.
- Dzień dobry - powiedziała cicho, a kiedy przejechałem nosem po jej
policzku, zachichotała.
- Dobry - mruknąłem cicho. - Czym sobie zasłużyłem na takie śniadanie,
księżniczko?
- Nie pamiętasz? Nasza rozmowa wczoraj wieczorem... - spojrzała na mnie i uniosła obie brwi.
Wczoraj?
Mój umysł zaczął się rozjaśniać. Faktycznie, przyszła do mnie i długo
rozmawialiśmy. I coś nam przerwało w dokończeniu tego, co robiliśmy potem, a tym czymś na pewno nie była rozmowa.
- Chyba czegoś nie dokończyliśmy, prawda? - spytałem z uśmiechem. Ronnie skinęła głową i przysunęła się do mnie. Ująłem jej podbródek i od razu przylgnąłem swoimi ustami do jej. Jak zwykle nasz pocałunek przepełniony był pasją i pożądaniem, ale było w nim coś
jeszcze. Veronica nie smakowała
tak, jak zwykle. Coś było nie tak. Odsunąłem się od niej i zmarszczyłem brwi. Na moich oczach Ronnie zmieniła się w
Trish.
- Coś nie tak, Calum? - odezwała się, a ja zacząłem się cofać, kręcąc
powoli głową. Potknąłem się o próg i już miałem uderzyć w ziemię, kiedy...
- Calum! Calum! Już w porządku, to tylko koszmar... - usłyszałem kojący
głos. Było ciemno. Oddychałem cieżko, mój mózg przetważał wydarzenia ze snu. O Boże.
Potrząsnąłem głową, próbując wyrzucić wszystkie złe myśli z głowy.
Poszedłem spać dalej.
***
Obudziłem się, tym razem naprawdę. Spojrzałem
na zegarek, dochodziła
dwunasta. Cholera, pomyślałem, dzisiaj mam szkołę!
- Walić to - przewróciłem się na drugi bok i zdałem sobie sprawę z tego, że nie byłem sam. Obok mnie spała mała, krucha blondynka z rozchylonymi wargami i tuląca kołdrę. Uśmiechnąłem się pod
nosem. Wiedziałem, że w nocy
wejdzie na łóżko, zawsze tak robiła. Upierała się, żeby spać na ziemi, a
potem wdrapywała się do mnie.
Odsunąłem kosmyk włosów z jej twarzy. Była taka bezbronna, taka niew...
Wspomnienia okropnego snu uderzyły mnie momentalnie. Cofnąłem rękę i przygryzłem wargę. Dlaczego Ronnie tam była? Co ma ona do naszej relacji? Zmarszczyłem brwi w tym samym momencie, w którym usłyszałem ciche 'hej'.
Odwróciłem się w stronę dziewczyny i posłałem jej najbardziej naturalny wymuszony uśmiech, na jaki było mnie stać.
- Dzień dobry. Jak się spało na ziemi? - podkreśliłem dwa ostatnie słowa i zachichotałem.
- Zabawne - wtuliła twarz w poduszkę.
- Nawet nie wiesz - usiadłem i przeciągnąłem się z ziewnięciem.
- Polecisz mi jakiś dobry hotel w okolicy? - spytała i przetarła oczy wierzechem dłoni.
- Hotel 'U Hoodów' może być? - poruszyłen znacząco brwiami, a ona pokręciła głową ze śmiechem.
- Za wysokie progi na moje nogi, Caluś - cmoknęła z udawanym niezadowoleniem.
- No tak, przepraszam. To zostaje jeszcze hotel 'Opium i tanie wino'  albo trochę mniej luksusowy hotel 'Pod mostem'.
- Calum! - jęknęła, rzucając we mnie poduszką i zwlekając się z łóżka. - Co dzisiaj robisz? Chciałabym poznać Valerię.
- Veronicę - poprawiłem ją odruchowo. - Spotykam się z jej bratem, Tonym.
- Mogę iść z tobą? Nie mam już tutaj w sumie żadnych znajomych, bo wszyscy albo pozmieniali numery, albo już nie są tacy sami i ich nie lubię.
- W sumie, czemu nie? - wzruszyłem ramionami i wygramoliłem się ze śpiwora. - Anthony lubi wszystkich, więc ciebie też na pewni polubi.
- Mam nadzieję, nie lubię robić sobie wrogów - mrugnęła do mnie i udała się do łazienki. Przebrałem się szybko w pierwsze lepsze rzeczy z szafy i zszedłem na dół w celu zrobienia sobie kawy.
Zaraz, dzisiaj jest dzień szkolny. Tony jest w szkole. Nie mogę się z nim spotkać. Cholera.
- Patricia? - zawołałem i rozchyliłem usta oczekując odpowiedzi.
- Tak?
- Co ty na to, żebyśmy poszli teraz do parku, a spotkali się z Anthonym po południu?
- W porządku! - odkrzyknęła, więc wróciłem do parzenia kawy.
***
Kiedy dotarliśmy do niedużej ławeczki, postanowiliśmy na niej przysiąść. Za nami rozciągał się ten sam teren, na którym byłem kiedyś z Ve...
Nieważne.
- Brakowało mi Australii, nawet nie wiesz jak mocno - oparła głowę na moim ramieniu wpatrując się w pojedyncze, małe chmurki na niebie.
- A mi brakowało ciebie, wiesz? Tyle razy błagałem wszystko dookoła, żebyś teleportowała się do mnie jakimś sposobem i jakoś mi pomogła, rozważyć coś, rozwiązać problem... Potrzebowałem cię.
- W jakim sensie? - spojrzała mi w oczy.
- Ale co 'w jakim sensie'? - zmarszczyłem brwi.
- Brakowało ci przyjaciółki czy konkretnie mnie? - zbliżyła się do mnie niebezpiecznie i już miała mnie pocałować, kiedy usłyszałem głos za sobą.
- Calum?
Przełknąłem głośno ślinę. Co ona tu robi?
- O, hej! To ty pewnie jesteś Victoria, prawda? - odezwała się Trish, w dodatku powiedziała to tak lekko, jakby wcale nie chciała mnie przed chwilą pocałować.
- Veronica - poprawiła ją grzecznie i podała jej rękę na przywitanie. - Calum, co tu robisz? Nie jesteś w szkole? - spytała, a ja nawet na nią nie spojrzałem. Boże, była taka wścibska, czemu wcześniej tego nie zauważyłem?
- Może to ciebie powinienem o to spytać? - warknąłem i pociągnąłem Patricię za rękę zmuszając ją, żeby wstała.
- Oh, Cal! Co ty... - przerwałem jej kolejnym szarpnięciem jej dłoni. - No cóż... Miło było cię poznać! - krzyknęła machając energicznie do osoby, której widoku nie mogę już znieść.
- Hej, jest całkiem miła, co z nią nie tak? - spytała Patricia, kiedy odeszliśmy kawałek.
- Mówiłem ci już - uciąłem rozmowę.
Nie należy do mojego świata.
-----------
Okej, dobra, przyznaję, wymusiłam go, ale naprawdę mam już kaszkę w mózgu z nadmiaru zajęć, testów, zaliczeń...
UH, ZA CO? ;-;
No ale tak poza tym.
Przykro mi się zrobiło jak przeczytałam ten jeden negatywny komentarz przy One Shocie Connie, naprawdę :( nie chciałam, żeby postaci wydawały się sztuczne, czy odnosicie takie wrażenie? :c
Jeszcze dla sprostowania, bo to się pojawiło w  tym komentarzu również - nie chciałm spoilerować i nadal tego nie chcę, ale to tylko one shot, który W OGÓLE nie odnosi się do historii. Oni wcale mogą nie zawrzeć tego małżeństwa w opowiadaniu, no halo, na tym polegają one shoty, tak? Informacje tam zamieszczone, takie jak ,,bo rzuciłem szkołę po pierwszej klasie" mogą okazać się całkowicie nieprawdziwe. Bo nie wiem, czy Calum rzuci tą szkołę, czy nie. Znaczy, ja wiem, ale wy jeszcze nie. I tak na razie zostanie.
W ogóle to myślałam, że lubicie spoilery, no ale skoro nie, to tylko okazjonalnie i tylko zainteresowanym będę je wysyłać, smutne.
To w sumie tyle, hueh xd
Pozdrawiam i dedykuję część wszystkim świeżakom na Studniowej! Witajcie na pokładzie, hahahahaha :D
Kocham was bardzo mocno!
iks igrek zet *yesss hahahahaha XDD*
nic.

czwartek, 5 czerwca 2014

CONNIE ONE SHOT - ,,Miły przerywnik w Kuracji" :)

 <----------- GŁOSUJ W ANKIECIE

Veronica's POV

Dzień jak co dzień. Na dworze latały mewy, piasek pod moimi stopami poskrzypywał cichutko, a ja trzymałam za rękę miłość mojego życia, już piąty rok. Pięć lat temu, dokładnie pięć lat temu poznałam Caluma i pokochałam go bez końca. To było niesamowite, tak jakby ktoś od razu zaplanował, że mam być tylko z nim, z nikim innym.
Skręciliśmy w jakąś dziką dróżkę, nie myśląc za wiele, po prostu ciesząc się swoim towarzystwem. Deptałam korzenie i połamane patyki, ale w sumie tego nie czułam. Była tylko jego dłoń w mojej dłoni, tylko ja i on.
Nic więcej nie istniało.
- Ronnie...? - głos Caluma wyrwał mnie z tego błogiego stanu, a kiedy odwróciłam do niego głowę, uśmiechnął się do mnie nieziemsko. - Pamiętasz, co jest dzisiaj? - spytał cicho, pocierając swoim kciukiem moje knykcie. Stanęliśmy w miejscu przy jakimś pniu. Usiedliśmy na nim, a ja oparłam głowę na ramieniu chłopaka. On oplótł mnie ramieniem, przyciągając do siebie jeszcze bliżej, o ile było to możliwe.
- Oczywiście. Pięć lat, Caluś. Całe pięć lat - westchnęłam. - Kiedy to zleciało, hm? - mruknęłam, prostując nogi i wystawiając stopy na cienki pasek słońca przedzierający się przez drzewa.
- Sam nie wiem - pokręcił głową. - Pamiętasz, jak w liceum jedliśmy razem lunche?
- Tak! I te moje pudełka - zachichotałam. - Albo te naleśniki z chilli...
- Nie przypominaj mi - skrzywił się, a ja uderzyłam go w ramię nadal się śmiejąc.
- Hej! Nie były aż takie straszne - wytknęłam mu język. Calum wywrócił oczami i również wybuchł śmiechem.
- No dobra, przyznaję, jeśli to wiązałoby się z wiecznością spędzoną z tobą, to mógłbym je jeść codziennie.
- Chciałbyś spędzić ze mną wieczność? - uniosłam brew, a on się zmieszał.

Calum's POV

No i się zaczęło. Nie zamierzałem przechodzić do rzeczy tak szybko, chciałem chwilę z nią porozmawiać, trochę to odwlec.
- Tak. Jesteś miłością mojego życia, wiesz o tym, prawda? - spytałem niepewnie, patrząc jej prosto w oczy.
- Wiem. A ty wiesz, że jesteś miłością mojego życia? - uśmiechnęła się ciepło, ujmując moją dłoń. O matko.
- Nie wiedziałem. Dziękuję, że mi powiedziałaś. Teraz nie będę się bał.
- Nie będziesz się bał czego? - zmarszczyła brwi.
- Wiesz, Ronnie, pokochałem cię od początku. Dzień minus sześćdziesiąty pierwszy, kiedy pierwszy raz do mnie napisałaś, dzień minus sześćdziesiąty, kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem, dzień minus dwudziesty, kiedy pierwszy raz cię pocałowałem, potem całą tą głupią studniową, to wszystko, co się działo, utwierdzało mnie w przekonaniu o tym, jak bardzo cię kocham. Kocham w tobie chyba wszystko, każdy cal twojego ciała jest idealny, każdy skrawek twojego charakteru jest perfekcyjny. Uwielbiam to, jak zawsze mnie poprawiasz, kiedy się mylę, jak śmiejesz się ze mnie, kiedy nie potrafię czegoś zrozumieć, bo rzuciłem szkołę po pierwszej klasie, a nawet w jej środku. Uwielbiam to, jak twój nos się marszczy, kiedy cię w niego całuje, jak wystawiasz język, kiedy skupiasz się nad czymś, co robisz. Uwielbiam całą ciebie. Kocham cię, Veronico Darkstone, i naprawdę chciałbym spędzić z tobą całe moje życie.
Klęknąłem przed nią na drżących nogach, a ona otworzyła szeroko oczy. Jej wargi rozchyliły się ze zdumienia.
- Dlatego proszę cię, najpiękniejsza kobieto na ziemi, moja największa miłości i najgorszy kucharzu, wyjdź za mnie i pozwól mi spędzić ze sobą wieczność.
Czekałem niepewnie, trzymając w dłoniach to cholerne pudełeczko, a ona patrzała to w moje oczy, to w nie.
- Calum, ja...
- O Boże, Ronnie. - zacząłem panikować. - Ty mnie nie chcesz. Matko, jak mogłem być taki głupi - wstałem i zacząłem chodzić w kółko, trzymając się za głowę i raz po raz szarpiąc się za włosy.
- Nie, to nieprawda. Kocham cię całym sercem. Tak, Calum, poślubię cię.

---------------
Część 2.8 pojawi się w niedzielę, o ile mi się uda :')
Jutro mam zaliczenie z geografii na 10:00 :))))))))))))))))))))

Głosujcie w ankiecie! x

sobota, 31 maja 2014

2.7


(((Część pisana przy piosenkach:
- Sam Smith - Stay With Me
- Great Big World ft. Christina Aguilera - Say Something)))

NOTATEŁKA DO CZYTANIA :D


Dzień trzydziesty pierwszy; 1 grudnia
Kiedy robi się ciemno i nadchodzi noc, ludzie zachowują się różnie. Niektórzy w popłochu uciekają do domu jak myszy do norek, inni wychodzą jak tygrysy i żyją swoim życiem. Jest albo jedno, albo drugie. Nie ma nikogo pomiędzy. Oprócz mnie. Bo byłem też ja, o dwudziestej trzeciej, i myślałem nad sensem tego wszystkiego. Tej studniowej kuracji. Tej cholernej miłości. Tych niebieskich oczu. No bo kurczę, jaki jest sens ich istnienia? Tylko łamią ludzkie serca, nic więcej. Równie dobrze tęczówki mogłyby być czarne, wtedy nikt nie mógłby się w nich zakochiwać. Ale gdyby nie było ich, to co moglibyśmy pokochać? Łokieć? Czoło? Piętę? Ciało nie ma innego takiego miejsca, które można bezgranicznie pokochać, oprócz tęczówek. To niesamowicie skomplikowane.
Jadłem resztki chińszczyzny, którą zamówiłem rano, ale której nie zdążyłem zjeść. Słońce grzało cały dzień, prawie zaczęło się lato. Niedługo święta, nowy rok. Wszystko leci tak szybko...
Ale teraz czas nie płynął, bo w krainie moich myśli nie było zegara. A ja udałem się tam na długą podr...
- Hood, do kurwy nędzy! - usłyszałem zdenerwowany głos z dołu. - Chodź tu i się tłumacz!
Zmarszczyłem brwi. Hemmings?
- O co chodzi? - krzyknąłem ze szczytu schodów, zaczynając po nich zbiegać.
- O co chodzi? O co chodzi?! Ja ci zaraz powiem, o co chodzi!
- Przecież na to czekam... - mruknąłem przewracając oczami.
- Powiesz mi łaskawie, kto nakablował rodzicom Juls, że ze mną wyszła? - syknął Luke, a ja uniosłem brwi.
- Wyszedłeś z Juls? Dobrze się czujesz? - położyłem dłoń na jego czole 'sprawdzając' jego temperaturę.
- Calum! Mówię poważnie. Ma przeze mnie kłopoty.
- Nie mam pojęcia. Dlaczego na mnie krzyczałeś, kiedy tu wszedłeś?
- Myślałem, że to ty. - wzruszył ramionami.
- Nope. - uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Uh, no dobra. Idę szukać dalej. Dzięki, Cal - machnął krótko ręką, a ja skinąłem i wróciłem na górę. Gdy tylko drzwi wejściowe się zamknęły, usłyszałem, że znowu się otwierają.
Zawróciłem więc i stanąłem przy schodach czekając na Lucasa wpadającego do środka i zabierającego zostawioną rzecz. Zamiast tego moim oczom ukazała się niska blondynka o brązowych oczach ubrana w dużą szarą koszulkę i kolorowe legginsy. Zmarszczyłem czoło nie kojarząc jej twarzy, jednak skojarzyłem fakty, kiedy uśmiechnęła się, a w jej lewym policzku pojawił się dołeczek.
Trish.
- O mój Boże, Calum! - pisnęła i przytuliła mnie ciasno. Odwzajemniłem uścisk wdychając jej orientalne perfumy.
Niektóre rzeczy się nie zmieniają...
- Patricia - wyszeptałem nadal nie do końca wierząc w to, co działo się wtedy. - Co tu robisz? - wydukałem po chwili.
- Wiesz, Adelaide czeka na mnie dopiero od następnego semestru, a ja się stęskniłam, więc stoję w twoim korytarzu i tulę cię jak idiotka - nadal mnie nie puściła. Delikatnie odsunąłem ją od siebie przyglądając się jej twarzy. W sumie aż tak się nie zmieniła, na pewno wydoroślała, ale nadal wyglądała całkiem podobnie jak kiedyś. Oprócz jednego...
- Boże, gdzie są twoje włosy? - otworzyłem szeroko oczy, podrzucając delikatnie kosmyk z jej głowy. Trish zachichotała.
- Były śliczne, no nie? Szkoda, teraz są ładniejsze - wytknęła mi język, a ja przypomniałem sobie pięcioletnią dziewczynkę z lokami do pasa, która robiła dokładnie to samo.
Po chwili bezczynnego stania w ciszy, odezwałem się:
- Napijesz się czegoś? Herbaty?
- Poproszę. Dw...
- Dwie i pół łyżeczki, pamiętam - mrugnąłem do niej, a ona z uśmiechem usadowiła się na krześle przy stole.
- Opowiadaj lepiej co tam u twojej Julki - wyszczerzyła się, najpewniej dumna ze swojej znajomości brytyjskiej literatury, a ja zarumieniłem się i spuściłem głowę, zajmując się niezwykle dokładnym odmierzaniem łyżeczek cukru.
- Nic ciekawego. Miała wypadek w środku listopada, ale już z tego wyszła - wzruszyłem ramionami.
- Co? I to jest nic ciekawego? Jak to się stało?! - ułożyła usta na kształt litery 'o'.
- Przebiegała przez ulicę, potrącił ją samochód. Proszę, czy możemy o niej nie rozmawiać?
- Nadal się z nią nie umówiłeś? - pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Przestań, Trish. Po prostu przestań - potrząsnąłem głową i wyłączyłem gotującą się wodę.
- Uh, okej - mruknęła.
- A jak tam twoja mama? Radzi sobie? - spytałem cicho, pamiętając, że to drażliwy temat.
- Wiesz... Moja mama nie żyje - przygryzła wargę.
- O Boże, przepraszam - jęknąłem momentalnie biorąc ją w ramiona. - Co się stało?
- W końcu pobił ją tak mocno, że jej organizm nie wytrzymał - jej głos załamał się przy ostatnim słowie, więc mocniej opatuliłem jej ciało rękami.
- Tak mi przykro...
- Nie powinno być. Nieważne. Ja nadal czekam na tą herbatę - szybko zmieniła temat ocierając pojedynczą łzę spływającą po jej policzku.
- Się robi, proszę pani - uśmiechnąłem się pocieszająco i zalałem wodą torebeczkę z ziołami. Podałem szklankę Patrici, a ona przyjęła ją z wdzięcznością.
Rozmawialiśmy ze sobą cały wieczór, nawet nie zauważyliśmy, kiedy nadeszła północ. Zmartwiony wyjrzałem przez okno, a potem wróciłem wzrokiem do roześmianej Trish.
- Sydney o tej porze jest naprawdę niebezpieczne, naprawdę chcesz wracać do hotelu tak późno? - przygryzłem wargę.
- Nic mi nie będzie, jestem twarda - zachichotała Patricia. Nie przekonało mnie to jednak.
- Może zostaniesz na noc? - zaproponowałem nie myśląc o tym, jak mogło to zabrzmieć. Trish zakrztusiła się i dostała histerycznego napadu kaszlu.
- Co? Że ja? Z tobą?
- Mogę spać na ziemi - zaproponowałem. Patricia wyglądała na nieugiętą.
- Nie ma mowy.
- Oj, no proszę cię. Ten jeden raz - ustąp. Naprawdę się martwię.
Dziewczyna zaczęła bawić się palcami pod stołem - nerwowy odruch, który widocznie nie przeminął jej z wiekiem.
- Uh, no dobra. Ale to ja śpię na ziemi - powiedziała twardo. Westchnąłem zrezygnowany, bo wiedziałem, że nie odpuści.
- Dobra.
Weszliśmy na górę. Dałem jej moją koszulkę, żeby miała się w co przebrać, po czym zaprowadziłem ją do łazienki. Wróciłem do pokoju i zdjąłem kołdrę z poduszkami z łóżka, kładąc je na podłodze. Rozłożyłem dla siebie koc i szybkim ruchem zdjąłem koszulkę i spodnie, szukając dołu od piżamy. Założyłem go i wsunąłem się pod koc. Nawet nie wiem, kiedy Patricia wróciła do pokoju, bo od razu zasnąłem.


-------------
 Okej, nie jestem z tego w 100% zadowolona, ale przynajmniej jest.

Przypominam o konkursie na odgadnięcie mojego wieku! Nagrodą jest przewaga w następnym konkursie, w tamtym zaś można wygrać możliwość zadecydowania, który epilog pojawi się w opowiadaniu! :D

Nie ma dzisiaj Veroniki, po części ze względu na Kornelię (pozdrawiam cię, bo wiem, że to właśnie czytasz, hhahhahah), która ciągle powtarza mi, jak to bardzo jej nie lubi, oh, smutne XD

Nie wiem, czy wiecie, ale zaczęłam tłumaczyć razem ze wspaniałą @Niess94 fanfiction When The Night Gets Dark na angielski, link TUTAJ :)

Yes, właśnie dostałam wiadomość, że mam przetłumaczyć jednak rozdział pierwszy, a nie drugi, a wcześniej miałam już kawałek (prawie 2/3) przetłumaczony, ale usunęłam, bo se myślę 'a po co, skoro ona tłumaczy' SUPERAŚNIE <33333333

Nieważne, nie wiem, o co chodzi

Niedługo dodam Patricię do zakładki o bohaterach :)

GŁOSUJCIE W ANKIECIE PO LEWEJ STRONIE I ZAZNACZAJCIE WSZYSTKIE PODPUNKTY, KTÓRE DOTYCZĄ WAS!

Kocham was mocno! x

Obserwatorzy